czwartek, 21 lutego 2013

rozdział *22



 





***


Słyszała płacz matki chociaż od jej własnego łkania rozbolała ją głowa. Głos pastora docierał do niej z dość sporym opóźnieniem.
-.. będziemy zawsze mieć go w sercu..
Przetarła dłonią łzy i potrząsnęła burzą ciemnych loków.
-.. zostawił dwie najważniejsze dla niego osoby..
Chciała poczuć dotyk matki, ale była poza zasięgiem jej ręki, więc się rozejrzała. Dostrzegła ją metr dalej, podtrzymywał ją jakiś kolega ojca. Bladą, zapłakaną, z białą chusteczką przy twarzy. A ona stała sama..
-.. wszystkim nam pomagał..
Sama, otoczona ludźmi, których tak do końca dobrze nie znała.
Prostokątne drewniane pudło powoli zjeżdżało w dół, zabierając najważniejszą dla niej osobę, pochłaniając go w nicość. W miejsce, gdzie nie ma kompletnie nic.

Coraz niżej.

Kolejne łzy spadły na jej dłonie, uporczywie trzymające żółtą różę, nie zważając na to że kolce wbijały się w jej delikatną skórę, raniąc ją do krwi.

Coraz niżej.

Nie mogła się ruszyć, nie potrafiła. Nogi nie chciały słuchać rozumu, ani serca. Zacisnęła piąstkę jeszcze mocniej, kilka kropel karmazynowej cieczy spadło na trawę, starała się unieść nogę.

Coraz niżej.

Udało się. Noga zrobiła to co Jessie chciała, wykonała krok, potem drugi. Trumna wciąż była opuszczana, jednak tak wolno, jakby nikt nie chciał go pochować. Stanęła wreszcie nad dołem. Kilka grudek, czarnej jak smoła ziemi spadło na jasne drewno z głuchym dźwiękiem, wpatrywała się przez chwilę po czym przetarła oczy i rzuciła różę. Bała się że kwiat spadnie, jednak tak się nie stało.
- Tatusiu..
Rozpłakała się na dobre, mimo że ojciec powtarzał jej że ma być twarda i uśmiechnięta. Poczuła dłonie na ramionach, odwróciła się mając nadzieję, że wtuli się w matkę, by złagodzić trochę ból, jednak za nią stała pani Newton, nauczycielka matematyki.
-Jessie, chodź kochanie..

Drgnęła na czyjś dotyk wracając do teraźniejszości, czuła tak dobrze znane jej ramiona, które trzymały ją w mocnym uścisku, czuła zapach, bicie serca i oddech. Taylor. Wtuliła się w niego dając upust emocjom, nie zważając na to, że zmoczy mu koszulę. Nie sądziła, że wspomnienia odżyją, że dzisiaj będą boleć tak jak jedenaście lat temu. Pamiętała każde wypowiedziane słowo tamtego dnia, każdy przyjazny gest, którym ktoś ją obdarzył. Obcy ludzie, bo matka już wtedy miała ją gdzieś. Słowa wypowiedziane dzisiejszego poranka przez matkę doprowadziły do kolejnej fali łez, wypływały z niej, jakby już nigdy nie miała przestać płakać.
-..zabierz mnie stąd..
Taylor usłyszał jej szept i podniósł się powoli nie wypuszczając jej z ramion, podprowadził ją do samochodu i otworzył przed nią drzwi. Wślizgnęła się do środka i skuliła się na siedzeniu. Chwilę później siedział obok, nie potrafiąc         znaleźć odpowiednich słów, pogładził ją więc delikatnie po mokrym policzku. Oczy miała przymknięte, co nie zatrzymało kolejnego potoku łez.
-Chcesz pojechać do mnie?
Skinęła głową, nawet nie otwierając oczu, bała się że jak je otworzy to naprawdę nigdy nie skończy. Ból głowy rozsadzał jej czaszkę, powodując mdłości. Gdyby nie była tak tym wykończona, pewnie zaśmiałaby się w głos. Łzy, głowa, mdłości. Pełnia szczęścia.
Taylor zatrzymał się pod budynkiem i spojrzał na przyjaciółkę. Wyglądała tak jakby spała, po łzach zostały tylko mokre ścieżki, nadal miała zarumienione policzki a kosmyki poprzyklejały się jej do wilgotnej twarzy. I mimo, że wyglądała jak półtora nieszczęścia po prostu ją kochał. Nie bał się przyznać tego przed sobą, bał się powiedzieć to na głos. Gdy tak się w nią wpatrywał, zobaczył w końcu te zielone tęczówki i jedyne co mu przyszło na myśl widząc teraz ich kolor, to świeża trawa po deszczu.
-Skąd wiedziałeś gdzie jestem..
Mówiła tak cicho, że musiał dobrze się wsłuchać by rozróżnić poszczególne słowa, by cokolwiek zrozumieć.
-Wiem, że dzisiaj jest rocznica.. nie odbierałaś telefonów. Chodź.
         Chwilę później znaleźli się w mieszkaniu i dziewczyna od razu wcisnęła się w sofę opierając głowę na wielkich poduszkach. Usiadł obok stawiając na stoliku dwa kubki i przykrywając ją kocem. Spojrzała na niego.
-Taylor.. ja..
-Jeżeli masz zamiar mnie za coś przepraszać, to wybij sobie to z głowy..
Jej źrenice powiększyły się i tym samym utwierdziły go w przekonaniu, że miał rację. Chciała go przepraszać za swoje zachowanie, z chęcią teraz pacnąłby ją w głowę.
-Wkurzasz mnie.
-Nic nowego, jadłaś coś? Jesteś głodna?
-Nie, dzięki. Potrzebuję tylko na chwilę się położyć, strasznie rozbolała mnie głowa.
Pomasowała delikatnie opuszkami palców skronie, starając się przy tym uśmiechnąć, ale jakoś nie szło to w parze z bólem i ogólnym nastrojem, więc zrezygnowała z uśmiechu. Obserwowała jak chłopak wstaje i podchodzi do jednej z szafek.
-Chcesz się położyć w pokoju?
-Tutaj mi pasuje, no chyba że masz jakieś plany i..
-Skończ marudzić – posłał jej pełen ciepła uśmiech i podał jej dwie tabletki.
-Dziękuję ci..
Przez chwilę się wahała ale chyba potrzebowała wyrzucić to z siebie.
-..ja pokłóciłam się z matką – westchnęła czując zbierające się pod powiekami łzy – dlatego tak się..
-Jessie wiem, a przynajmniej tak myślałem..
-Czytasz mi w myślach czy co? To nie jest pierwszy raz kiedy tak mnie zaskakujesz..
-Przyjmijmy że jestem dobrym obserwatorem – pochylił się nad nią i pocałował ją w czoło – prześpij się, ja coś pooglądam.. pogadamy na spokojnie jak wstaniesz, dobrze?
Nieznacznie skinęła głową i przykryła się kocem po samą szyję. Po chwili usłyszała ciche rozmowy i dźwięki płynąc z telewizora, poczuła dłoń Taylora na łydce i mimo, że oddzielał ich koc ona wyraźnie czuła jego ciepło, była bezpieczna. Przyjaciel dawał jej to potrzebne w tym momencie poczucie bezpieczeństwa. Z tą myślą zasnęła.


***

         Jessie obudziła się i przetarła oczy, w pierwszej chwili zastanowiła się gdzie jest, ale wtedy, w świetle sączącym się z korytarza, dostrzegła czarne włosy. Uniosła lekko głowę i rozejrzała się. Zegar wskazywał kilka minut po drugiej, co wywołało u niej grymas zdenerwowania. Powinna być w domu, a tymczasem ona zwaliła się ze swoimi problemami, na głowę Taylora. Zresztą jak zwykle. Spojrzała na niego, spał na plecach z głową zwróconą w jej stronę, marszcząc przy tym czoło, jakby śniło mu się coś nie po jego myśli. Uśmiechnęła się pod nosem na ten obrazek, po chwili przetarła oczy i powoli wstała, starając się narobić przy tym jak najmniej hałasu. Przeszła na palcach przez cały pokój i powoli chwyciła za klamkę.
-Wymykasz się jak po nieudanym sexie.
Zatrzymała się z dłonią tuż przy gałce i odwróciła się. Chłopak leżał z założonymi pod głową rękoma, wpatrując się w nią wyczekująco. Najprawdopodobniej chciał wyjaśnienia tego skradania się.
-Czy tobie tylko jedno chodzi po głowie?
-Przecież zawsze powtarzasz mi, że jestem tylko facetem, który niekoniecznie myśli głową. Gdzie uciekasz?
-Jest już późno, bardzo późno.
-Zostań chociaż do rana.. pogadajmy..
-Taylor ja.. – głos jej się załamał i spuściła głowę – nie ma o czym..
Westchnął. Wiedział że tak będzie, wstał z łóżka i przyciągnął ją do siebie.
-Coraz częściej to robisz..
-Gdy wymaga tego sytuacja, jestem do dyspozycji.
-Taylor zwaliłam ci się na głowę..
Odsunął się od niej, gwałtownie przerywając.
-Zaraz, zaraz, poczekaj. Powinienem dać ci w łeb, tak jak ja dostaję za gadanie głupot, bo teraz właśnie to robisz. Nigdy – ujął jej twarz w jego ciepłe dłonie i spojrzał prosto w oczy – zapamiętaj to sobie, przenigdy nie będziesz dla mnie ciężarem. Dla mnie przyjaźń jest czymś więcej niż wypadem do kina i zjedzeniem pizzy, każdego dnia staram się to udowadniać ale widzę, że jeszcze za mało..
-To.. nie o to chodzi.. ja..
-W takim razie chodź napijemy się wina i opowiesz mi co się stało.
Pociągnął ją w stronę sofy nie przyjmując żadnych sprzeciwów. Krzątał się chwilę po kuchni poczym wrócił do salonu niosąc wino, dwa kieliszki i drewnianą okrągłą deskę na której było kilka rodzajów sera. Przysiadł obok niej i spojrzał w jej stronę, uśmiechała się promiennie co go zaskoczyło. Uniósł wysoko brwi, oczekując odpowiedzi.
-Mówiłam ci, że jesteś ideałem?
-Zdecydowanie za mało.
-Chyba muszę się poprawić. Mam nadzieję, że w końcu zakochasz się w odpowiedniej dziewczynie, tak żeby..
-Jessie mieliśmy rozmawiać o czymś innym.
Uciął ze zniecierpliwieniem, wiedząc że chciała odłożyć tą rozmowę w czasie. Za to on nie miał zamiaru wysłuchiwać o dziewczynach, które byłyby szczęśliwe będąc z nim. Chciał Jessie, tylko jej, nikogo innego. Nikogo. Był pewny swoich uczuć jak tego, że po dniu przychodzi noc. Poruszył się niespokojnie na siedzeniu gdy usłyszał jej głos.
-Matka źle wypowiadała się o tacie – mówiła spokojnie, panując nad łzami – nie potrafię tego zrozumieć, pamiętam, że byli szczęśliwi. Pamiętam przecież ich zachowanie względem siebie, a teraz wygląda to tak jakby to wszystko mi się przywidziało.. jakby nigdy nie istniało..
Przerwała na chwilę by upić wina, nie patrzyła na Taylora. Unikała kontaktu, ale potrzebowała powiedzieć więcej, z każdym słowem czuła się lżejsza, wolniejsza, spokojniejsza. Chłopak słuchał, nie przerywając jej. Za to była mu wdzięczna. Po prostu dał jej możliwość wyrzucenia wszystkiego co gromadziło się w niej, a teraz znalazło ujście.

***


         Wyszła z zajęć na tyle pochłonięta gmeraniem w swojej torbie i szukaniem drobnych, że nie zauważyła Taylora siedzącego na parapecie w towarzystwie kilku kolegów. Obserwował ją z uśmiechem. Uwielbiał ten jej wyraz twarzy, zafrasowany z domieszką złości. Nic dziwnego, że nie miała taką minę, nikt nie znalazłby nic w kobiecej torebce. Po chwili przystanęła przy maszynie z napojami i triumfalnie uśmiechnęła się wrzucając kilka monet do przegrody, w międzyczasie wyciągając z torby jakąś książkę. W końcu przysiadła na podłodze podkładając sobie sweter pod tyłek, by chociaż w taki sposób zmniejszyć niedogodności związane z remontem biblioteki. Jedynym miejscem gdzie można było w cieple i na spokojnie oddać się przyjemnościom czytania. Po kilku minutach towarzystwo rozeszło się i skierował swoje kroki w stronę Jessie, nie będącej na pewno w tym świecie.
        
Była cholernie zaciekawiona książką, z każdym słowem, z każdym przeczytanym wyrazem coraz bardziej oddalała się od rzeczywistości. Kochała to uczucie, więc pochłaniała strony jedna za drugą, do momentu gdy pewne sytuacje, zdania nie zaczęły jej się składać w jedną całość. Gdyby nie przyjaciel, który przysiadł się obok na pewno zatraciłaby się bez reszty, a co gorsza ktoś na pewno zebrałby grubą książką w łeb.
-Nienawidzę takich książek.
-Niezłe przywitanie – uśmiechnął się – cześć Jessie.
-Wiesz co mnie najbardziej wkurza?
Jego uśmiech poszerzył się w momencie gdy zignorowała to co do niej mówił.
-To, że gdy mam swoją ulubioną postać, w tym przypadku chłopaka, który kocha główną bohaterkę to okazuje się że nie będą razem tylko zwiąże się  z jakąś ciapą bo inaczej nie mogę tego nazwać. Nawet nie mam zamiaru doczytać tego do końca..
Wskazała ruchem głowy na książkę spoczywającą przy jej nodze. „Kosogłos”.
-Nie doczytałaś do końca i się już wściekasz?
-Nie wytrzymałam i przeczytałam ostatnią stronę.
-Co zrobiłaś? – parsknął śmiechem.
Czego się po niej spodziewał, przecież była do tego zdolna, ale jej mina go rozbroiła. Była wściekła, rozczarowana i bóg raczył wiedzieć co jeszcze, a wszystko przez nie takie zakończenie jakiego się spodziewała.
-Bardzo śmieszne – warknęła, przymykając oczy – musiałam sprawdzić. I dobrze, przynajmniej wiem, że nie tknę tej książki, a przynajmniej nie teraz.
-No a co takiego zrobił ten facet, czy kto tam, że wybrała, jak to określiłaś, ciapę?
-A skąd mam wiedzieć, nie wiem.
-To może warto sprawdzić? Może czymś ją zdenerwował?
-Gale to uosobienie męstwa, odwagi, czułości.. ach.. – westchnęła z uśmiechem – wolę mieć o nim takie zdanie. Nie przeczytam, koniec kropka.
-Jesteś dziwna.
-Pff, strasznie mnie to martwi, wiesz?
-No domyślam się.
Taylor oparł się wygodnie o ścianę, o ile taką pozycję można było nazwać wygodną, i obrócił głowę w jej stronę, nadal widząc jej zaciętą minę. Pamiętał kiedy pierwszy raz zastał ją płaczącą przy książce. Już wtedy wiedział, że wkłada całe serce w czytanie, a dopiero później zauważył że wszystko co czyta wsiąka w nią jak w gąbkę. Gdy przeczytała coś, co źle się skończyło potrafiła przez dzień, dwa chodzić jak zombie. Jednak większość kończyła się happy endem i to przyczyniało się do tego, że tryskała takim optymizmem jakim nie widział jeszcze u nikogo. To była cała ona.
-Daj już spokój, jedźmy po zajęciach gdzieś to ci przejdzie.
-Jak może mi przejść? Rozczarowałam się. Pierwsza część trylogii, Igrzyska śmierci były cudowne. Kolejna W pierścieniu ognia, rewelacja, ale to nie może się tak skończyć, ona miała być z Gale’m a nie z tym.. – jęknęła niezadowolona – chyba bardziej nie byłam rozczarowana.
-Chodź.
Wstał i wyciągnął w jej kierunku rękę. Spojrzała na niego z zainteresowaniem i domieszką wściekłości, której nie udało się do końca zatuszować. Jednak po chwili wstała, pozwalając sobie pomóc. Nie minęła chwila jak znaleźli się na parkingu.
-Gdzie masz auto?
-Pod domem, opona.
-To czemu nie dałaś znać, przywiózłbym.. dobra nieważne. Wsiadaj.
-Co?
-Wsiadaj i nie gadaj, limit jęczenia na dzisiaj, już wyczerpałaś.
Posłusznie wsiadła chociaż nie była do tego skora, poddała się. Wystarczająco się dzisiaj nawściekała, żeby jeszcze teraz to robić. Godzinę później parkowali przy molo. I musiała przyznać, że widok poprawił jej nastrój, nie przysłoniła tego nawet wizja opuszczenia zajęć. Kochała to miejsce.
-Przeszło ci?
-Dlaczego zawsze przywozisz mnie nad wodę?
-Bo tylko to cię uspokaja.
-Nie sądziłam, że aż tak dobrze mnie znasz – zaśmiała się grzebiąc w torbie – gdzież ona jest?
-Naukowcy udowodnili, że z zawartością damskiej torebki w dżungli można przeżyć pół roku..
-Naukowcy nie wiedzieli o istnieniu mojej torebki, nic w niej do cholery nie mogę znaleźć.
W końcu wyciągnęła szminkę i przejechała nią po ustach, czując jak kremowa konsystencja nawilża wargi. Taylor przyglądał się tej czynności przez chwilę po czym wysiadł. Były momenty kiedy nie mógł na to patrzeć, bo pragnął jej jeszcze bardziej, jakby teraz było za mało zamieszania z tym całym uczuciem do niej. W pamięci miał obraz sprzed kilku dni, gdy znalazł ją na cmentarzu zapłakaną, załamaną, samą. Fala uczucia uderzyła go wtedy z podwójną, nie, z potrójną siłą niszcząc postanowienia jakie wciąż sobie stawiał. Postanowienie zapomnienia o Jessie.
Westchnął bezgłośnie przeklinając na siebie w duchu i dołączył do uśmiechniętej dziewczyny.


***

         Pierwsze krople zaczęły uderzać o szybę i parapet wydając głuche dźwięki. Wpatrywała się w nierówną drogę jaką pokonywały by dotrzeć do, tylko im znanego celu. Pędziły jedna przed drugą, a wraz z nimi jej palec na szybie. Jednak po chwili już nie odróżniała poszczególnych ścieżek, więc niechętnie wstała i przeniosła się na łóżko. Dzisiejszego dnia jej energia życiowa była równa zeru, o ile nie mniej, dlatego też siedziała teraz w swoich czterech ścianach. Czasami potrzebowała czasu tylko dla siebie, zastanowić się nad przyszłością, w spokoju.
Usłyszała dźwięk tłuczonego szkła i głośne przekleństwo gdzieś z głębi domu i jej spokój prysł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Siedziała na łóżku, prawie nie oddychając, nie ruszając się nawet o milimetr, nasłuchując. Po ostatniej pomocy jakiej chciała udzielić matce, wylądowała na pogotowiu z ręką do szycia, to ją nauczyło jednego. Dwa razy pomyśl zanim zaproponujesz matce pomoc. Na każdym kroku uzmysławiała sobie, że matka od dłuższego czasu nic do niej nie czuła, gdyby tylko można było pozbyć się ot tak dzieciaka, na pewno zrobiłaby to już dawno, ale ojciec zadbał o to by matka tego nie zrobiła. Co miesiąc, od prawnika dostawała pieniądze na córkę i na nią samą, miała z niej dodatkowe pieniądze. Jessie zdawała sobie z tego sprawę już od dawna, jednak nadal takie myśli powodowały nieprzyjemny ucisk w żołądku. Przekleństwa ucichły na wskutek pukania do drzwi. Jessie nadal nasłuchiwała, ani myśleć rezygnować z ostrożności. Usłyszała męski głos.
-.. cholerna pogoda, na pewno chcesz tam.. w taką..
Słowa stawały się niewyraźne, zagłuszane przez deszcz. Ostrożnie podeszła pod drzwi, jak najciszej stawiając kroki. Głos matki odezwał się dopiero po chwili, albo mówiła już wcześniej tylko ona nie była w stanie wyłapać słów. Miała ochotę obrócić się w stronę okna i zrobić głośnie „ciiii” tak by chociaż na chwilę mogła podsłuchać rozmowę.
-.. się stąd wyrwać..
-..wszystko?
-..tak..
Odgłos zamykanych drzwi był na tyle głośny, że podskoczyła w miejscu, po czym pacnęła się otwartą dłonią w czoło, nie przestając podziwiać swojej odwagi. Opadła z powrotem na łóżko, wypuszczając ze świstem powietrze. Ledwo przyłożyła głowę do poduszki, jej telefon zawibrował. Spoglądając na wyświetlacz, zastanawiała się czy odebrać, w końcu jednak nacisnęła zieloną słuchawkę.
-Chyba cię nie obudziłem?
-Nie, chociaż przy takiej pogodzie nie chce się robić nic innego jak tylko spać.
-Hawks szkoda czasu na spanie.. masz ochotę na chińszczyznę?
-Nie mam na nic ochoty, tylko spać.
-Wystarczyłoby mi twoje towarzystwo, możesz spać. Tylko ty mi zostałaś – jęknął – chłopaki na wyjeździe.. Jessie..
-Rany, Taylor, twoje jęczenie doprowadzi mnie kiedyś do szaleństwa..
Wiedziała, że chłopak, mimo iż uraczyła go złośliwościami, nie weźmie sobie tego do serca, wręcz obracał wszystko w żart. Może to właśnie była jedna z rzeczy które w nim tak lubiła? Może dlatego miała ochotę na jego towarzystwo?
-.. za ile będziesz?
-Stoję na parkingu obok mostu..
-Czyli mam jakieś kilka minut na ubranie się – westchnęła.
-No wiesz Hawks.. jak dla mnie możesz być nago.. nie będzie mi to w żaden sposób przeszkadzać.
-Spadaj idioto.
Rozłączyła się narzucając na gołe ramiona szary, wyciągnięty sweter, będący zaskakująco miękkim, jak na ilość prań, którymi został potraktowany. Do nozdrzy dotarł zapach jaśminu, odetchnęła głębiej, tak by słodycz wypełniła całe jej płuca, po czym skierowała się w stronę drzwi wejściowych.


***

Siedziała zamyślona przy grobie. Jej głowę zaprzątały obrazy z przeszłości, ojca, matki, starała znaleźć jakieś dowody na potwierdzenie słów jej rodzicielki. Nie wierzyła w to, że ojciec był kłamcą. Nie wierzyła. Zaczynało się robić chłodno, ale nie zwracała na to najmniejszej uwagi, tylko mocniej zacisnęła dłonie na ramionach. Dzisiejszego dnia przynajmniej nie pokłóciła się z matką, ale dzień się jeszcze nie skończył więc wszystko mogło się wydarzyć.  
-Jessie?
Usłyszała znajomy głos za sobą. Głos, którego nie słyszała od dobrych kilku lat. Odwróciła się gwałtownie. Za nią stał chłopak o orzechowych misternie ułożonych włosach i tego samego koloru oczach, uśmiechał się przyjaźnie, ale i nieśmiało, jakby nie był pewny czy trafił na dobrą osobę.
-Jason?
Chłopak uśmiechnął się szerzej.
-To naprawdę ty?
Podniosła się i po chwili wahania przytulił ją. Czuła się dziwnie i niepewnie, przeszłość znowu powróciła..

Trzynastoletnia dziewczyna siedziała na trawie przed grobem kogoś bliskiego, płakała ukrywając swoje łzy w drobnych dłoniach. Nie chciała by ktoś jej współczuł, by się litował, by ktoś to widział. A jednak widział. Czternastoletni wesoły chłopak idący z babcią pod rękę, wracając z grobu swojego dziadka. Obserwował ją i zrobiło mu się przykro. Wtedy też jego babcia skierowała kroki na pogrążoną w smutku ciemnowłosą.
-Jessie?
Dziewczynka wzdrygnęła się, unosząc na nich zamglony wzrok. Podpuchnięte i zaczerwienione oczy wydobyły głuchy jęk z kobiety. Pochyliła się nad nią i pomogła jej wstać.
-Chodź kochanie, jest zimno, zabieram cię na herbatę.
-Cześć Jessie, jestem Jason – wesoły chłopak wyciągnął dłoń w stronę przygarbionej, smutnej Jessie.
-Cześć – uścisnęła jego dłoń, chłodną ale dziwnie przyjemną.
-Zadzwonię do twojej mamy, żeby się nie martwiła.
Wraz z wypowiedzianym zdaniem, jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Już wtedy matka krzyczała na nią o co tylko mogła, znajdując coraz to więcej sposobności. Bałagan, nie umyty talerz, oceny, skarpetka leżąca na podłodze, dosłownie wszystko. Awantury były na porządku dziennym.
-Mama pracuje do późna – skłamała pocierając zmarznięte ramiona na co chłopak ściągnął swoją kurtkę i podał ją dziewczynie.
-Masz.
-D-dziękuję – wyjąkała.
-W takim razie jedziemy na herbatę, odwiozę cię za godzinę do domu. Dobrze?
-Dziękuję pani Sloan – wyszeptała uśmiechając się przyjaźnie.

Wpatrywała się teraz w niego nie mogąc uwierzyć, że przez pięć lat, ponad pięć lat można się tak zmienić. Stał przed nią mężczyzna, bo już nie chłopiec, który nijak nie przypominał jej tego zapamiętanego. Jedyne co się nie zmieniło to pełne życia wesołe oczy i szeroki uśmiech.
-Zmieniłaś się.
-Ty też – uśmiechnęła się – co ty w ogóle tu robisz?
-Musiałem odwiedzić babcie, zdecydowanie za długo schodziło mi z tym.
-A jak Paryż? Twoja babcia mówiła mi że tam dostałeś się na studia.
-Masz czas na babeczkę?
Skinęła głową.
-W zajeździe nadal podają te pyszne babeczki i torciki?
-No pewnie, to się nie zmieniło.
-To chodźmy – spojrzał na nią – Nie wierzę że cię spotkałem..
Uśmiechnęła się nie odpowiadając. Ona też nie wierzyła.
         Kwadrans później siedzieli naprzeciwko siebie przy jednym ze stolików.  Buzie im się nie zamykały, wspominając przeszłość, przygody, wygłupy.
-A to drzewo nad rzeką z naszą huśtawką?
-Przykro mi ale jakiś rok temu po burzy złamało się, tak samo jak nie ma już tego mostku z kamieni przy nim.
-Szkoda, trochę tam przygód zostało. Pamiętam jak wpadłaś tam w tą wielką sadzawkę – zaśmiał się głośno – wyglądałaś bajecznie.
-Przestań, myślałam że w ogóle się stamtąd nie wydostanę. A ty zamiast mi pomóc to stałeś jak głupek na brzegu i tarzałeś się ze śmiechu, umierałam ze strachu.
-Ale w końcu ci pomogłem.
-Tak, jak zaczęłam ryczeć.
Wsadził sobie do ust kawałek babeczki i spojrzał na nią.
-Cieszę się, że cię spotkałem. Pytałem się babci o ciebie, powiedziała mi że często jesteś na cmentarzu.
-To się nie zmieniło..
-Masz kogoś?
-Bezpośredni jak zawsze. Nie, nie mam, a ty?
-Spotykałem się ostatnio z pewną Francuzką, gorąca jak..
-Przestań – szturchnęła go w ramię – nie mam ochoty znowu wysłuchiwać o twoich podbojach łóżkowych i sercowych..
-.. jak chcesz – uśmiechnął się, ukazując rząd bielusieńkich zębów – rozeszliśmy się niedawno, przyjechałem na kilka dni i znowu wracam.
-Zostajesz tam na stałe?
-Nie wiem, zobaczymy za pół roku. Cholernie tęsknię za rodziną, za znajomymi, za Dallas, ale nie wiem, nie mam najmniejszego pojęcia co zrobię. Paryż jest piękny, ale to nie Dallas.. – machnął dłonią – a ty? Co dalej?
-Myślałam o jakiś kursach na architekturze, robię projekty dla ojca mojego przyjaciela i jak na razie jakoś daję radę..
-Przyjaciela? – zdziwi się.
-Tak, mam przyjaciela, kilku znajomych. Zmieniło się sporo, ale wciąż jestem tą samą dziewczyną którą znasz..
-Cieszę się – przykrył swoją dłonią jej dłoń leżącą na stoliku, po czym uśmiechnął się szeroko.
Tak, ten uśmiech zapamiętała najbardziej.

         Taylor przechodził przez ulicę gdy jego wzrok dostrzegł znajomą sylwetkę dziewczyny. Serce zabiło mu mocniej, ale wtedy jego wzrok zatrzymał się na osobie siedzącej na wprost niej i trzymającej jej dłoń. Chyba śnił, nie zawierzał temu co widział. A jednak. Już chciał się wycofać, jednak Jessie spostrzegła go i pomachała radośnie, przez co i towarzysz się obejrzał. Nie zostało mu nic innego jak odmachać, udawać twardziela. Zobaczył że Jessie macha na niego, dając mu znaki by do nich dołączył. Jęknął głucho. Wszedł do kawiarni z przyklejonym do ust uśmiechem i stanął przy stoliku i pochyliwszy się nieznacznie, cmoknął Jessie w policzek.
-To jest właśnie mój przyjaciel o którym mówiłam, Taylor, a to jest Jason, wnuczek pani Sloan – przedstawiła ich sobie i mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.
-Wybaczcie, ale muszę uciekać.
-Stało się coś?
-Nie, jadę do Austin na weekend. Także miło było poznać – spojrzał w stronę chłopaka, po czym przeniósł wzrok na Jessie – widzimy się w poniedziałek.
-Jasne – przypatrywała się mu przez kilka sekund, jakby z jego oczu miała wyczytać czy nie kłamie – pozdrów rodziców, no i Tony’ego.
-Załatwione, cześć.
Pożegnał się i w pośpiechu opuścił lokal. Nie mógł znieść tego spojrzenia, którym Jason obdarował jego przyjaciółkę. Chociaż z drugiej strony powinien być szczęśliwy, widząc ją radosną, uśmiechniętą. Przełknął ślinę. Znowu postanowił wyzbyć się tego chorego uczucia, bo to go wyniszczało, zastanawiał się tylko który to już raz miał takie postanowienie. Pięty? Dziesiąty? To nie miało najmniejszego znaczenia.


***

         Jason wyjechał po kilku dniach. Było jej w pewien sposób smutno. Lubiła go, może nie było to coś większego ale lubiła z nim przebywać. Przez te kilka dni, spędzali możliwie jak najwięcej czasu, śmiejąc się do łez ze wszystkiego, co przyszło im do głowy. Dziwiło ją jedynie zachowanie Taylora, miał wrócić w poniedziałek, a tu była już środa a on wciąż siedział u rodziców, dodatkowo dziwił ją fakt, że nie dzwonił, nie pisał tak jak zwykle. Wysłał jej tylko jakiegoś zdawkowego sms-a z informacją, że przedłuża sobie weekend. W sumie nie musieli się martwić o zajęcia, mieli tydzień wolnego, ale myślała że gdzieś się wybiorą. Brakowało jej go. Musiała przyznać, że Taylor przyzwyczaił ją do siebie, do tego swojego temperamentu.  Zawsze był, ot tak po prostu był. Najlepszy przyjaciel pod słońcem. A teraz nagle czuła się tak jakby go zabrakło. Chyba najzwyczajniej w świecie się nudziła. Przeciągnęła się na łóżku i wtuliła głowę w poduszkę. Po chwili powieki same zaczęły ciążyć.

         Wpatrywał się w telefon, bijąc z myślami. Jedne myśli zagłuszały drugie, ani na chwilę nie cichnąc, istna batalia. Przekręcił się na plecy i utkwił wzrok w sklepieniu sufitu. Wciąż w pamięci miał jej uśmiech, rumieńce gdy zobaczył ją z tym całym Jasonem. Zacisnął pięści. I nagle dotarło do niego to jak się zachowuje, był zazdrosny. Pierwszy raz był świadomie zazdrosny o swoją przyjaciółkę, w której najzwyczajniej w świecie się zakochał. Chciał w jakiś logiczny sposób przeanalizować to uczucie, ale to była jak walka z wiatrakami. Serce biło mu jak szalone, gdy uniósł dłoń z komórką i wykonał połączenie. Jeden sygnał, drugi.
-Nareszcie znalazłeś czas? – wychrypiała zaspanym głosem.
Zatkało go w pierwszej chwili.
-C-co?
-Zapomniałeś już o mnie Higgins?
-Ta – prychnął pod nosem – tak wkurzającej i poplątanej osoby nie da się zapomnieć, to ci zostaje na psychice.
-Wypchaj się. Dzwonisz po to żeby o sobie przypomnieć i podnieść mi ciśnienie?
-Co tam u ciebie?
-Moje życie osobiste nie jest zbytnio ekscytujące, więc niewiele się tu dzieje.
-Jeżeli nie masz nic do roboty to przyjadę po ciebie, co ty na to?
-Jest późno..
-To nie problem Jessie. Rodzice by się ucieszyli..
Ja też.. dodał w myślach, nie odważając się wypowiedzieć tego na głos. Wstał z łóżka szybko się ubierając. Chciał jak najszybciej zobaczyć Jessie.
-No nie wiem.
-Dobra, ja wyjeżdżam a ty się spakuj, z tobą inaczej się nie da. Za godzinę powinienem być na miejscu, będę czekać przy moście.
-To widzimy się za godzinę.
-No, grzeczna dziewczynka.
Zaśmiał się cicho, otwierając już drzwi do auta, po czym skierował się na międzystanową. Spieszył się, cholernie spieszył się by wreszcie ją zobaczyć, przytulić, poczuć. Zdecydowanie zasługiwał na miano świra.


***

         Jessie nasłuchiwała czy matka już śpi, ale co jakiś czas zza drzwi dało się usłyszeć jakieś dźwięki. Wolała nie ryzykować spotkania jej, więc uchyliła okno. Do środka wdarło się chłodne powietrze, zadrżała. Z zimna, a może ze strachu? Nie, nie bała się, bo takie wymykanie stało się pewnego rodzaju rutyną. Matka i tak nie zwracała najmniejszej uwagi na to co się z nią działo, pochłonięta w swoim zamroczonym świecie pełnym alkoholu i bóg raczył wiedzieć czego jeszcze. Zrzuciła torbę nadal nasłuchując. Nic. Znalazła się w wilgotnej trawie, mocząc do łokci rękawy swojej kurtki. To było bez znaczenia. Obracając się i zakradając, w końcu biegła przed siebie. Kilka minut zajęło jej dotarcie do mostku, gdzie stał już przyjaciel. Przyjemnie było wreszcie go zobaczyć. Otworzyła drzwi i wślizgnęła się do środka, całując go w policzek.
-Higgins stęskniłam się za twoją buźką.
-No proszę, chyba częściej będę robić sobie takie wypady.
-Mam dla ciebie wiadomość. Twoja przyjaciółka – wskazała palcem na siebie gdy tylko ruszył – czyli ja, zapisała się na hiszpański.
-Na co?
-Na hiszpański.
-Za dużo hiszpańskich seriali.
-Nic na to nie poradzę, że rajcuje mnie hiszpański aktor – zaśmiała się – ale nie o to chodzi, postanowiłam coś zmienić i hiszpański wydał mi się dobrym pomysłem. Myślałam że mnie pochwalisz.
Zrobiła naburmuszoną minę co skomentował głośnym parsknięciem.
-Jak dziecko.
-Przymknij się.
-Wiesz że będziesz chodzić z Nate’m? Zastanawiam się nawet czy nie zmówiliście się, bo zaczął z początkiem semestru.
-Nie rozmawiałam z nim i raczej się na to nie zanosi.
-Nie przesadzaj, Nate jest w porządku.
-Nie będę się spierać o to. Powiedz mi lepiej co rodzice mówili gdy oświadczyłeś im że znowu przyjeżdżam, bo powiedziałeś im prawda?
Spojrzała na niego, wyczekując odpowiedzi. Uśmiechnął się. Gdyby powiedział dokładnie słowo w słowo to jak zareagowali rodzice, chyba ze wstydu by się spaliła, zwłaszcza że nie powiedział jej o tym iż przyjdzie jej spać z nim.
-Rodzice? Ucieszyli się, jedynym problemem i zapewne tylko dla ciebie, będzie to że rodzice mają znajomych w domu..
-Co???
-Wiedziałem.. kilku znajomych to dla ciebie ogromny problem, przecież inaczej nie mogłoby być – wciąż uśmiechał się widząc jej ściągnięte brwi – ale to jeszcze nie wszystko.. najlepsze zostawiłem na koniec.
-Coś ty wymyślił?
-Noc spędzisz z cudownym mężczyzną, który się za tobą stęsknił.
-No to mnie przekonałeś – wymamrotała pod nosem odwracając głowę – mogłeś powiedzieć mi to gdy dzwoniłeś.
-Czy wtedy dałabyś się namówić na wyjazd?
-Nie.
-Właśnie. Już wiesz dlaczego tego nie zrobiłem.
-Wkurzasz mnie tak bardzo, że nie znajduje słów by to wyrazić.
-Hawks, przyzwyczaiłem się i tobie też radzę to zrobić.
Prychnęła pod nosem, wpatrzona w ciemność za oknem. Wolała oglądać to, niż ten cwaniacki uśmiech przyjaciela. Czasami, częściej niż czasami wyprowadzał ją z równowagi do tego stopnia, że miała ochotę wrzeszczeć i bić, by tylko wyładować frustrację. Tak było i w tym momencie. Miała ochotę mu przyłożyć, i to porządnie.

         Siedziała na podłodze, przyszykowana już do spania, próbując wrzucić sobie kulkę popcornu do buzi. Na dziesięć rzutów miała jedno trafienie, reszta lądowała na podłodze i na niej samej. Taylor robił dokładnie to samo, z tym że jego statystyki wyglądały dużo lepiej. Mieli przy tym sporo śmiechu, co i tak nie zagłuszało dźwięków dochodzących z dołu. Impreza trwała w najlepsze.
-Chyba nie było tak źle?
-Mówię ci Carmen miała na ciebie ochotę – zachichotała znowu nie trafiając do buzi.
Kulka potoczyła się w stronę siedzącego naprzeciwko chłopaka.
-Jesteś nienormalna.
-To ty nie widzisz pewnych rzeczy..
-A ty je niby dostrzegasz?
-Pewnie.. a Sharon – zamruczała – niezła kocica z niej.
-Hawks uspokój się, ta baba ma ze czterdzieści lat i nieudany botoks.
-To i tak nie zmienia faktu, że miała na ciebie ochotę.
-No popatrz, popatrz. Nie sądziłem, że jesteś w stanie dostrzec takie rzeczy – zaśmiał się cicho myśląc o swoim uczuciu do niej.
-No pewnie, wyczuwam to nosem.
Posłała w jego kierunku kulkę popcornu, nie przestając się uśmiechać.
-Zdecydowanie powinnaś sprawdzić co z twoim węchem.
Przestała się uśmiechać, patrząc na niego podejrzliwie, jakby doszukując się sensu tego co powiedział.
-Możesz mi to wytłumaczyć?
-Widzisz coś czego nie ma.
-Naprawdę nie widziałeś tego jak ona na ciebie patrzyła? Dosłownie pożerała cię wzrokiem.. nieważne – podniosła się z podłogi, by po chwili schylić się zbierając okruchy, dowody ich zabawy.
Poszedł w jej ślady ukradkiem ją obserwując. Miała zmarszczone brwi, najwyraźniej intensywnie o czymś milczała, i to zawzięcie, bo kompletnie wyłączyła się na otoczenie. Zadał jej pytanie, ale nie odpowiedziała, więc usiadł na łóżku wpatrując się w nią bez mrugnięcia okiem. Chwila minęła zanim ich spojrzenia spotkały się, pierwsza spuściła wzrok kierując swoje kroki w stronę niewielkiego wiklinowego kosza, w którym zaraz potem znalazły się śmieci. Między nimi dało się wyczuć swoistego rodzaju napięcie, taka dziwna atmosfera. Wstał i podszedł do szafy, w której był telewizor.
-Masz ochotę na film? Może być nawet hiszpański.
Widząc jego szeroki uśmiech, Jessie nie mogła się nie uśmiechnąć.
-Głupek.
-Horror? Będziesz mogła się we mnie wtulać.
-Niedoczekanie twoje zboczeńcu jeden. Sharon jest na dole, mogę ją zawołać – uśmiechnęła się złośliwie.
-Spadaj Hawks.
Wcisnęła się pod kołdrę, nie przestając chichotać, co chłopak skwitował głośnym prychnięciem, ociekającym niezadowoleniem i zniecierpliwieniem jednocześnie.

Obudził się czując gładzące go po torsie dłonie i oddech tuż przy szyi. Zdębiał. Był święcie przekonany, że Jessie śpi i robi to nieświadomie, ale wtedy poczuł jak delikatnie przygryza płatek jego ucha. Tym razem wstrząsnął nim silny dreszcz podniecenia, którego w żaden sposób nie mógł opanować. Dotknął jej dłoni, a ona tylko mocniej splotła ich palce przysuwając się bliżej. Odwrócił się powoli nie puszczając jej. Napotkał spojrzenie szmaragdowych tęczówek. Przejechał wzrokiem po jej ciele. Miała na sobie białą, prześwitującą koszulkę, a pamiętał że usnęła w tej śmiesznej pidżamie w miśki. Kretyn, powinien palnąć się w czoło. Miał ją w łóżku, ubraną tak że wszystko widział jak na dłoni, w dodatku robiła to o czym tylko marzył, a on myślał o jakiejś durnej pidżamie w miśki. No naprawdę prawdziwy mężczyzna. Poczuł jej usta na swoich, trochę zimne co go zdziwiło, jednak zaraz zrobiły się ciepłe, a potem gorące. Widział jak pozbyła się koszulki i zapłonął żywym ogniem, niczego bardziej nie pragnął. Położyła się na nim, miał przed oczami jej ciało w całej okazałości. Tyle razy fantazjował o niej, tyle razy wyobrażał sobie ją nagą, skąpaną w delikatnym świetle księżyca, ale ten obraz nijak miał się do tego co miał teraz przed sobą. Jej cudowna twarz, delikatnie drżące usta i to ciało, które doprowadzało go do czystego szaleństwa. Kochali się. Zapamiętywał wszystkimi zmysłami tą chwilę.
-Chodź pokaże ci coś – pochyliła się nad nim szepcząc do ucha.
Chciał zaprotestować, chciał trwać z nią w splecionym uścisku, jednak ona nie czekając na nic wstała i założyła tą swoją koszulkę i po prostu wybiegła na taras.
-Hawks jest zimno..
W odpowiedzi usłyszał jej cichy śmiech. Zerwał się z łóżka, w pośpiechu zakładając na siebie spodnie i koszulkę. Gdy znalazł się na zewnątrz zdziwił się temperaturą, mógłby śmiało wybiec nago, tak było ciepło. Gdzieś w oddali mignęła mu koszulka dziewczyny i przeskoczył przez barierkę, chcąc ją dogonić.
-Wariatka – mamrotał pod nosem.
Raz po raz dostrzegał jej sylwetkę, po czym znikała za drzewem. Wciąż słyszał jej śmiech. Gdzież ona do cholery biegła? W końcu wybiegł na skraju lasu. Rozejrzał się. Nigdy tu nie był, ale wyraźnie słyszał odgłos obijających się o skały fal.
-Co to za miejsce..
Uśmiechnęła się rozkładając na boki ręce, pochyliła się do tyłu i spadła w przepaść.
-Jessie – krzyknął.

Obudził się zlany potem, cały zdyszany i przerażony. Spojrzał w bok. Jessie spała zawinięta w pościel tak, że ledwo ją dostrzegł. To był sen, pieprzony koszmar, a przynajmniej ta druga część snu. Opadł z powrotem na poduszkę wciąż z trudem łapiąc oddech. Miał w tym momencie gdzieś czy to co teraz zrobi, skończy się prawym sierpowym dziewczyny, ale musiał ją przytulić. Nie zastanawiając się dłużej objął ją ramieniem. Przebudziła się.
-Higgins coś ci już mówiłam – wymamrotała.
-Jessie proszę, miałem zły sen, po prostu tego potrzebuję.
-Bierzesz mnie na litość?
-Proszę..
-Ten jeden jedyny raz się zgodzę, ale..
-Przestań już gadać – uśmiechnął się – śpij.
Mimo, że była blisko i na pewno już spała, on nadal nie potrafił przymknąć powiek. Wpatrywał się w Jessie nie mogąc przestać myśleć o śnie, w nim była taka realna, ten dotyk, czuł go na sobie. Przejechał dłonią po czole wyczuwając pod opuszkami palców drobne kropelki potu. Nie pozostało mu nic więcej, jak tylko wtulić się w dziewczynę, by znów poczuć jej ciepło.  

piątek, 15 lutego 2013

rozdział *21







***


-Tony, wszystko gotowe?
-Jasne, czekamy na was.
Pożegnała się z przyjacielem i odłożyła telefon. Jeszcze godzina i będzie mogła odetchnąć z ulgą, chciała żeby wszystko było idealne, a obawiała się że coś nie wypali. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze, uśmiechając się pod nosem. Chwyciła torebkę i wymknęła się z domu, zresztą jak zawsze.

         Wyciągał właśnie sok z lodówki, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Niespiesznie przeszedł przez salon i otworzył. Jego oczy powiększyły się do rozmiarów dużej monety, widząc Jessie ubraną w obcisłą, srebrną sukienkę, zakrywającą niewiele ciała, w ręku trzymającą papierową torbę.
Zaśmiała się cicho z reakcji jaką wywołał jej wygląd.
-Nie sądziłam, że mogę jeszcze takie wrażenie na tobie robić.
Nie odpowiedział, tylko szerzej otworzył drzwi.
-A tak na marginesie – podeszła do blatu i nalała sobie szklankę wody, po czym odwróciła się w jego stronę, spoglądając na jego umięśnione ciało – zdecydowanie faceci powinni brać z ciebie przykład.
-Przyszłaś tak ubrana, żeby mi to powiedzieć? Mam nadzieję że ogoliłaś nogi.
-Ufasz mi?
-Zaczynam się bać..
-Obiecuje być delikatną. Chodź.
Był zdziwiony, zwłaszcza tym, że ciągnęła go do jego sypialni. Zastanawiał się co takiego wymyśliła gdy wyciągała z szafy ciuchy układając je równo na łóżku. Podobał mu się ten widok, ta swoboda z jaką odnajdywała się, nawet wtedy gdy grzebała w jego ubraniach. Lubił gdy pomagała mu w ubiorze, gdy krzątała się po jego kuchni, a najbardziej uwielbiał momenty gdy zakładała jego ciuchy i siadała na sofie by obejrzeć jakiś film. Ludzie lubią dziwaczne rzeczy. Zaśmiał się na dźwięk własnych myśli, nie przestając jej obserwować. Odsłonięte plecy kusiły go na tyle, że miał ochotę poczuć skórę palcami, i nie tylko palcami.
-Już, ubieraj się.
Głos zadowolonej z siebie przyjaciółki przywrócił go do rzeczywistości. Spojrzał na rozłożone na łóżku ciuchy i skrzywił się jedynie na widok białych adidasów.
-Nie krzyw się.
-Czarne spodnie, czarna koszulka i białe adidasy?
-Jak założysz białe bokserki to wszystko będzie pasować – parsknęła śmiechem.
-Założę jak mi z nimi pomożesz.
Podeszła do niego mrużąc oczy, na tyle sexownie, że bezgłośnie przełknął ślinę.
-Zobacz jak się do tego palę.
Wyminęła go, specjalnie ocierając się o jego tors. W takich momentach jak ten miał jej dość, nieświadomie go kusiła myśląc, że on czuje do niej to samo co ona do niego. Przyjaźń. Wziął głęboki wdech, odliczając do trzech by uwolnić się chociaż tego dnia od zmartwień i podszedł do łóżka. Nadal nie był zachwycony butami, ale postanowił jej zaufać. Wkładając na siebie koszulkę, usilnie próbował wymyślić po co to wszystko, przecież rano wpadła z czekoladową muffinką, w którą wbiła jedną świeczkę, więc teraz nie wiedział co o tym wszystkim myśleć.
W końcu wyszedł z sypialni i od razu napotkał jej rozradowane spojrzenie.
-One nie pasują – wskazał na adidasy.
-Dlatego mam to.
Podała mu torbę nie przestając się uśmiechać. W środku znajdowała się marynarka, biała, z poziomymi czarnymi paskami i czarnymi guzikami. Przeniósł na nią wzrok. Nawet nie starał się ukryć tego, że go zaskoczyła.
-Taką samą miał Matt Pokora.  
-Zwariuję przez ciebie kiedyś, nie chcę być jak jakiś koleś – skrzywił się.
-Proszę, chociaż ją przymierz.
-Cholera.
Nie mógł jej odmówić, nie, gdy patrzyła na niego błagalnym wzrokiem. W sumie to nie chciał robić jej przykrości. Nadal się krzywiąc, założył swój prezent i zaskoczyła go miękkość materiału. Zaskoczyło go też to, że dobrze się w niej czuł. Jednak nie to było najważniejsze, najważniejszy był wyraz twarzy Jessie. Była zachwycona.
-Ściągaj to, bo zaczynam mieć na ciebie ochotę.
-I myślisz, że teraz to zrobię? – uśmiechnął się zawadiacko.
-Wyglądasz zabójczo, a teraz czas na drugą część niespodzianki – wyciągnęła z torebki czarną apaszkę.
Dziwne, że w torebce wielkości portfela zmieścił się telefon, klucze a znając Jessie to jeszcze jakiś kosmetyk, no i ta apaszka czy chustka. Ale najdziwniejsze było to, że w tym momencie pomyślał właśnie o takiej błahej sprawie, dopiero potem dotarło do niego to, co chciała z tym zrobić. Uniosła ją delikatnie z niemym pytaniem, a on nie musiał odpowiadać, tylko pozwolił ją sobie zawiązać. Ufał jej bezgranicznie.
-Teraz tylko potrzebuje twoich kluczyków.


***

         Słyszał jakieś dźwięki, ale nic mu to nie przypominało, dźwięki do których w żaden sposób nie mógł przypisać miejsca. Równie dobrze mógł być wszędzie. Szczerze, to mało go to obchodziło. Był z dziewczyną w której się zakochał, która teraz trzymała jego dłoń, śmiejąc się w głos gdy tylko potykał się na nierównej drodze. Jej obecność dodawała mu w pewien sposób otuchy, może odwagi, bo przy Jessie trzeba było być odważnym. Nigdy nie wiadomo co mogłoby jej strzelić do głowy. Jej dłoń mocnej zacisnęła się na jego, gdy weszli do jakiegoś pomieszczenia, dźwięki z zewnątrz ucichły, więc musiało być to jakieś pomieszczenie. W końcu przystanęli, poczuł jej ciało delikatnie napierające na jego plecy, a zaraz potem jej oddech ogrzewający skórę na szyi.
-Wszystkiego najlepszego – wyszeptała ledwo słyszalnie.
Opaska opadła a jego oczom ukazała się masa ludzi, których znał, w tym i jego rodziców.
-WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!!! – krzyknęli chórem.
Nie wierzył w to co zrobiła. W to, że zrobiła to dla niego. widział twarze kolegów z którymi już dawno nie rozmawiał, koleżanek ze szkoły, ludzi, których ona nie znała, a zorganizowała to wszystko dla niego. Dostrzegł twarze rodziców, zwłaszcza matki, która zapewne widząc jego minę, uroniła łzy. Teraz ocierała je myśląc, że nikt nie widział. On widział. Chciał odwrócić się w stronę Jessie, ale kilka osób oblężyło go składając życzenia i serdecznie witając się, uniemożliwiając mu podziękowanie jej za prezent.

         Jessie siedziała przy barze, przyglądając się przyjacielowi. Przekrzykiwał się z jakimś rudzielcem, nie przestając się śmiać. Nawet muzyka nie była w stanie ich zagłuszyć. W dodatku był otoczony wianuszkiem dziewczyn, próbujących zwrócić na siebie jego uwagę. Zwróciła się w stronę barmana i zamówiła wodę, zaraz potem poczuła ciepłą dłoń na ramieniu i odwróciła się gwałtownie.
-Udało ci się..
-Gdyby nie pomoc Tony’ego byłoby mi ciężko z tymi wszystkimi ludźmi.
-Jestem szczęśliwa widząc uśmiech na jego twarzy i to wszystko twoja zasługa kochanie.
-To nie tylko moja zasługa pani Higgins, ale też lubię gdy się uśmiecha. Wtedy wszystko jest takie łatwe..
-Pasujecie do siebie..
-Pani Higgins.. – pokiwała palcem.
-No wiem, wiem. Denerwujecie mnie obydwoje.
-Zobaczy pani, w końcu Taylor znajdzie sobie kogoś odpowiedniego.
-Znowu rozmawiacie o mnie? – usłyszały za sobą głos chłopaka i obydwie spojrzały w tamtym kierunku.
Taylor stał uśmiechnięty od ucha do ucha obejmując je ramionami.
-Kochanie nie sądziłam, że masz taki gust – matka wskazała na marynarkę.
-To zasługa Jessie. Widzisz jak się o mnie troszczy?
-Nie wytrzymam z wami – wstała od baru i odeszła.
Wpatrywali się w znikającą sylwetkę jeszcze przez chwilę, Jessie z uśmiechem a Taylor z zaskoczeniem, wywołanym reakcją matki. Nic z tego nie rozumiał. Przysiadł obok.
-Co ja takiego powiedziałem?
-Mama bawiła się przed chwilą w swatkę.
-No i wszystko jasne, dolałem oliwy do ognia – zaśmiał się przysuwając bliżej niej – dziękuję. Dziękuję za to, że cię mam, że zebrałaś ich tu wszystkich..
-Nie udało mi się właśnie wszystkich, Tony mówił że Nate z chłopakami mieli jakiś obóz sportowy i nie mogli, myślałam też o Amber..
-O nie.. powiedz mi że..
-Nie, nie zaprosiłam, Tony chyba za nią nie przepada, a to on w większości układał listę gości.. jakoś mało znam twoich znajomych..
-Bo nie chcesz ich poznać, bo wymigujesz się od każdej imprezy.
-Wiesz że mi na tym nie zależy, dziwni ludzie tak mają – zaśmiała się trącając słomką kilka kostek w szklance.
-Zostawmy twoje udziwnienia w spokoju. W ramach podziękowań wymknijmy się, chciałbym coś ci pokazać.
-Ale teraz? To przecież twoja impreza, w dodatku urodziny.
-Zobacz – rozejrzał się – wszyscy świetnie się bawią.
-Za wyjątkiem kilku dziewczyn.
-Pomińmy ten drobny szczegół. Weźmiemy piwo i wyrwiemy się na jakiś czas.
-Nie piję, prowadzę.
-Prześpimy się u rodziców. Nie daj się prosić, zobaczysz nie pożałujesz.
Skinęła głową ze śmiechem. Wychodząc nie zauważyli uśmiechów na twarzach Lory i Richarda.
Gdy wyszli z klubu owiał ich delikatny wietrzyk, który wywołał gęsią skórkę na ciele Jessie. Nie czekała długo jak Taylor ściągnął marynarkę narzucając ją na jej ramiona. Wcisnęła dłonie w ciepły materiał.
-Trzymaj butelki i wskakuj na barana, w tych szpilkach daleko nie zajdziesz. I nie waż mi się dyskutować, to mój dzień – dodał widząc jak otwiera usta by zaprotestować.
Kilka minut szli śmiejąc się w najlepsze i opowiadając o rzeczach mało istotnych, aż wreszcie doszli do miejsca o którym mówił Taylor. Długi pomost wcinający się w pobliskie jeziorko oświetlony był przez małe lampki i wielką tarczę księżyca. Dodatkowo blask z pobliskiej restauracji, jak i dźwięki rozmów, muzyki, dodawały swoistego uroku temu miejscu. Chłonęła każdą sekundę tego obrazu i dopiero gdy Taylor zsunął ją ze swoich pleców, dopiero wtedy się odezwała.
-Umiesz mnie zaskoczyć – uśmiechnęła się siadając na deskach, bose stopy zanurzyła w przyjemnie ciepłej wodzie.
Chłopak poszedł w jej ślady i już po chwili oboje machali nogami rozchlapując wodę naokoło. Bawili się jak dzieci, ciesząc z takich właśnie momentów, oderwania od zmartwień, od dnia codziennego. Sami nawet nie zauważyli kiedy światła restauracji przygasły, żegnając ostatnich klientów. Towarzyszył im księżyc.


***


         Taylor ziewnął leniwie spoglądając na brata. Wpatrywał się w niego jakby co najmniej urwał się z jakiejś choinki, albo wyrosły mu czułka na czole. W pewnym momencie zaczął się nawet zastanawiać czy faktycznie czegoś nie ma, bo Tony wciąż milczał z szeroko otwartymi oczami.
-Powiesz coś wreszcie?
-A możesz powtórzyć?
-Dostarczą mi za tydzień Hayabuse.
-I ty mówisz to tak spokojnie? – poruszył się podekscytowany w fotelu upijając z butelki piwa.
-Tony, zapłaciłem za nią kilka miesięcy temu, więc ta pierwsze szaleństwo już u mnie minęło, teraz na nią czekam.
-Dlaczego dowiaduje się dopiero teraz?
-Nie chciałem, żeby w jakiś sposób dotarło to do mamy. Wiesz co ona mi zrobi jak się dowie? A tym bardziej jak się dowie na co wydałem część spadku po babci?
Chłopak zaśmiał się w głos kiwając głową. Doskonale wiedział dlaczego Taylor nic nie mówił. Gdyby ich matka dowiedziała się o tym, że jej syn kupił motor, była zdolna zadzwonić do dostawcy i odmówić zamówionego towaru. Miała jedno zdanie na temat szybkich motorów. Śmierć na kółkach. Obaj uwielbiali motory odkąd zaczęli jeździć na rowerach. Do dziś pamiętał ich obdarte kolana, łokcie, poobijane głowy. Zresztą matka też pamiętała, a nawet więcej. Przy każdej nadarzającej się okazji, takiej jak imprezy rodzinne czy przysłowiowe niedzielne obiadki, wypominała synom ich lekkomyślność i dziecięcą głupotę.
-No a Jessie?
-Co Jessie?
-Jak zareagowała?
-O niczym nie wie – odpowiedział niedbale, jakby niewiele go to obchodziło.
Tak naprawdę nie chciał by Tony zobaczył z jakim uczuciem wypowiadał jej imię, bo miałby z niego niezłe używanie, ale to nie zmieniało tego, że od dłuższego czasu zastanawiał się jak przyjaciółka zareaguje na motor. Nie mówił jej nie chcąc zepsuć niespodzianki. Brat o czymś zawzięcie opowiadał, jednak nie słuchał go myśląc tylko o tym, że musi wybrać się na zakupy by kupić odpowiednie stroje zarówno dla siebie jak i dla Jessie.

***


Zaparkowała tuż po drugiej stronie uliczki i spojrzała z niedowierzaniem na Taylora. Stał nonszalancko oparty o jakiegoś wściekle wyglądającego ścigacza, uśmiechając się szeroko. Ona chyba śniła. Tak, musiała, bo przecież miała przyjaciela, który był idiotą, ale nie sądziła że aż do tego stopnia. Wysiadła z auta trzaskając mocno drzwiami, jakby były czemuś winne i szybkim krokiem skierowała się w stronę chłopaka.
-Twój?
-Tak.
-Tobie do reszty odjęło rozum?
-Nie podoba ci się?
Przystanęła na chwilę i przyjrzała się uważnie nowemu cacku. Przejechała delikatnie palcem po błyszczącym, czarnym lakierze, po czym pokręciła głową. Złość w niej opadła, jednak nie podobała się jej ta cała fascynacja czymś tak groźnie wyglądającym.
-Jest piękny, ale.. – znowu pokręciła głową – to istne pchanie się do grobu, tak ci tam śpieszno?
Przyjrzał się jej uważnie. Była w pewien sposób smutna, przynajmniej tak mu się wydawało. Uśmiechnął się zadziornie.
-Chodź przebierzemy się i zabieram cię na przejażdżkę.
-Chyba zwariowałeś.
-Znasz mnie, jestem ostrożny i odpowiedzialny, nie pozwoliłbym żeby stała ci się krzywda więc mi zaufaj.
Nie odpowiedziała tylko ze zmarszczonym czołem weszła do budynku. Westchnął zrezygnowany, był pewny że pomysł z motorem przypadnie Jessie do gustu, jednak pomylił się. A to z kolei oznaczało, że nie zna jej tak dobrze jak mu się wydawało. Gdy wszedł do mieszkania dziewczyna wychodziła już z łazienki ubrana w białą zwykłą koszulkę i skórzane spodnie.
-Czy jest coś w czym nie jest ci do twarzy?
-Nie wiem, mam w dupie to jak wyglądam, w czym jest mi do twarzy a w czym nie – warknęła.
-Jessie – podszedł do niej bliżej – jesteś zła?
-Ja jestem wściekła, wściekła że jesteś taki lekkomyślny.
-Czy ty się o mnie martwisz?
-A czy to jest takie dziwne? Jesteś moim przyjacielem, to chyba normalne.
-Pogadamy na miejscu.
Z naburmuszoną miną wyminęła go. Przez całą drogę nie odezwali się ani słowem, jednak najważniejsze dla niego było to że pojechała, że miał ją przy sobie, że czuł jej ciało. Nawet teraz nie wierzył w to jak przyjaciółka zareagowała na motor, jak się wściekła. Mimo wszystko to uczucie, które zawładnęło jego umysłem gdy się wkurzyła było przyjemne. W końcu znaleźli się nad morzem. Powoli ściągnęła kask i rozejrzała się uśmiechając. Poszedł w jej ślady.
-I?
-Nadal twierdzę, że pchasz się do grobu, ale przyznam.. – zeszła z motoru – jeździ się tym cudownie.
-No widzisz? Nie będę szaleć..
-.. faceci lubią popisywać się przed laskami..
-Ja nie mam zamiaru tego robić.
Spuścił głowę nadal siedząc na swoim cacku, jego twarz na chwilę zasłoniły włosy, jednak widział jej nogi i doskonale wiedział, że stoi obok, ale jakoś nie miał odwagi na nią spojrzeć. Był zły na siebie, że pałał do niej uczuciem, którego nie potrafił okiełznać, że to wymknęło się spod jego kontroli.
-Nie chcę żeby coś ci się stało..
Serce zaczęło bić jak opętane, za sprawą tych kilku słów, za sprawą jednego wypowiedzianego zdania. Spojrzał na dziewczynę. Jej mina, jej niemy żal wypisany na twarzy nie pasował do scenerii w jakiej się znajdowali, a tym bardziej do promieni które bawiły się w poszczególnych kosmykach. Powinna być uśmiechnięta, a nie zła, z naburmuszoną miną.
-Nic mi się nie stanie, obiecuję.
-Nie dasz rady mi tego obiecać idioto.
-Będę ostrożny..
-Ehh.. – westchnęła tylko bo to nie miało najmniejszego sensu, ta rozmowa.
Skierowała swoje kroki w stronę morza, po drodze ściągnęła kurtkę i przejechała dłonią po włosach. Czułą powiew wiatru, czuła morską bryzę i grząski piasek tuż pod butami. To miejsce było cudowne, takim jakim je zapamiętała. Przystanęła przy brzegu i zmrużyła oczy, potrzebowała złapać oddech i przetrawić jakimś sposobem to wszystko co zaserwował jej Taylor.
Obserwował ją gdy odchodziła od niego, jej ruchy, jej ciało. Dopiero gdy usiadła na piasku wstał i poszedł w jej ślady. Usiadł tuż za nią obejmując ją ramionami, nawet się nie poruszyła, tkwiła w bezruchu, patrząc w jeden punkt przed sobą. I nagle odwróciła głowę. Była na tyle blisko, że bez problemu mógł ją pocałować, zatopić się w tej słodyczy, o której wciąż myślał, której pragnął. Wpatrywała się w niego tymi swoimi zielonymi oczami, jakby miała wyczytać coś z jego spojrzenia. Bał się, że mogłaby wyczytać jedno, dodatkowo był święcie przekonany, że na jego twarzy można było dostrzec wszystkie odcienie czerwieni, jednak Jessie najwidoczniej to nie interesowało.
-Obiecaj mi głupku, że będziesz ostrożny.
Przytulił ją mocniej do siebie.
-Obiecuję.

***


-Jedziemy gdzieś?
-Jeszcze tydzień temu, wyzywałaś mnie od idiotów pakujących się do grobu, a teraz sama wyciągasz mnie na wycieczki?
Spojrzał zadziornie na uśmiechnięta dziewczynę siedzącą na motorze, zapinała kurtkę pod samą szyję nie wypuszczając z dłoni kasku.
-Bo się w niej zakochałam.
Poklepała ją po siedzeniu jakby była jakimś psiakiem, który zasłużył na pochwałę. A on wpatrywał się w nią nie mogąc oderwać wzroku, doszło do tego że zaschło mu w gardle. Czarno-żółty kostium idealnie opinał jej ciało, powodując że dosłownie płonął w środku.
-Sexownie na niej wyglądasz.
-Tak jak na większości rzeczy – uśmiechnęła się promiennie związując niedbale włosy, by móc je wsadzić pod kask.
-Możesz sprawdzić jak wyglądałabyś na mnie.
-Już sprawdzałam, na tobie nie wyglądam sexownie.
-Możemy sprawdzić jeszcze raz, przekonasz się że jesteś w błędzie – zaśmiał się głośno, siadając tuż przed Jessie.
-Sex z tobą? Pomarzyć możesz.
-Nawet nie wiesz jakie mam marzenia i fantazje..
-..i błagam niech to zostanie w twojej głowie, tam mogę rozkładać przed tobą nogi, ale w rzeczywistości nic z tego.
-W fantazjach nie rozkładałaś jeszcze nóg, ale dzięki za pomysły. Mogę teraz to sobie wyobrazić?
Uśmiechnęła się i założyła kask, poszedł w jej ślady.
-Możesz ruszać.
-Fantazjuję. Przeszkadzasz mi Hawks.
-Przestań zboczeńcu jeden, nawet twoja Haya nie pomoże ci w urzeczywistnieniu twoich erotycznych zapędów.
Jak na zawołanie z rur wydobył się groźny ryk, była dzika, to musiała Taylorowi przyznać. Wręcz mogła przyznać, że była cholernie dzika.
-Nazwałaś mój motor? – zaśmiał się – nazwałaś.. jak? Haya?
-Czepiasz się Higgins. Jedź, bo cały dzień zejdzie nam na staniu w miejscu.
-Póki pamiętam, rodzice chcieli, żebym przywiózł cię do nich za dwa tygodnie w weekend, co ty na to?
-Jest rocznica..
-To pojedziemy kiedy indziej – przerwał jej, wiedząc że na jej twarzy mógłby pojawić się cień smutku – teraz możemy jechać, tylko trzymaj się mnie mocno, żebym mógł dalej fantazjować.
-Głupek.
Wreszcie ruszyli i na twarzy dziewczyny pojawił się szeroki, szczęśliwy uśmiech.
         Godzinę później stanęli przy barze ‘Wild Luke’ . Ten zielony, rażący napis z jakimś ludzikiem obok nie zachęcał do wejścia i wypicia nawet wody w środku. Patrząc na szyld, można było pomyśleć że ten cały Luke ma jakieś powiązania z zielonym ludzikiem, w sumie z kosmitą. Brakowało tylko latającego talerza na dachu i kelnerek ubranych w srebrne stroje z czółkami na głowie. Jednak dla osób takich jak Taylor czy Jessie, ten lokal był czymś w rodzaju azylu. Oboje dokładnie pamiętali kiedy wynaleźli bar. Kilka miesięcy temu, przejeżdżali obok, widząc kilka błyszczących, sportowych samochodów i motorów, postanowili zajrzeć, tak zostało do teraz. Teraz także stało tam kilka motorów. Weszli do środka. I tu całe wrażenie kosmitów, spodków i wszystkiego, o czym myśleli widząc szyld wyparowywało.
Podłoga z ciemnego drewna odbijała się w barze z czarnego, idealnie wypolerowanego szkła, przy którym stały seledynowe barowe krzesła. Tuż przy barze po lewej stronie znajdował się dosyć pokaźny grill, teraz skwierczały tam hamburgery i jakieś steki, dające tak intensywny zapach, że ślina naciekła jej do ust. Po prawej zaś stronie stały dwa stoły bilardowe, kilkanaście okrągłych stolików i szafa grająca, oczywiście w kolorze seledynowym. Wszystko to łączyło się w tak dobraną całość, że aż chciało się tu wracać. Uśmiechnęli się do ogromnego faceta za barem, zajęli jeden z wolnych stolików i Taylor poszedł zamówić ogniste hamburgery. Były tak ostre że potrzebowali dwóch szklanek wody by udało im się go zjeść, ale dla nich był on swoistego rodzaju tradycją, czymś związanym z tym miejscem.
Po chwili chłopak zjawił się z dwoma szklankami i dużym dzbankiem wody.
-Jesteś gotowa?
-Jesteśmy idiotami..
-Mów za siebie Hawks – zaśmiał się – no ale dokończ myśl.
-Czas już chyba na wymianę ciebie.
-Widzę, że nie rezygnujesz z postanowienia, odkąd się poznaliśmy spławiasz mnie, a ja wierny jak pies tkwię przy tobie.
-Bo prawdziwa miłość kochanie wymaga poświęceń z twojej strony..
To żadne poświęcenie. Uśmiechnął się, opierając wygodnie.
-Masz rację, więc wybij sobie z głowy wymianę mnie na kogoś innego.
-Teraz? Czy mogę wybić sobie to później. A tak a propos, zostajemy tu na noc? Napijemy się piwa, podenerwuję cię – oparła brodę na dłoni wpatrując się w niego z uśmiechem.
Zaskoczyła go tym, mógłby powiedzieć, że trochę, ale skłamałby. Rzadko zdarzały się takie chwile, kiedy ona proponowała zostanie gdzieś na noc, więc gdy teraz z szerokim uśmiechem proponowała nocleg, zdziwił się. Dodatkowo dochodził fakt, że pragnął spędzać z nią każdą minutę, czy w dzień czy też w nocy, z drugiej strony pragnął zapomnieć o uczuciu. Ale widząc ją taką radosną, z wesołymi chochlikami w tęczówkach nie mógł się napatrzeć, a przede wszystkim nie mógł odmówić, nie potrafił.
-Jeden pokój?
-I jedno łóżko, jakoś przyzwyczaiłam się do spania z takim zboczeńcem.
-Kiedyś możemy spróbować czegoś innego Hawks.
Parsknęła śmiechem, a on poczuł dziwne ukłucie. Czego się spodziewał zgody a może propozycji? Przecież to było idiotyczne. Jessie zawsze będzie traktowała go jak przyjaciela. Tylko i wyłącznie przyjaciela.


środa, 6 lutego 2013

rozdział *20











***

         Od pół godziny miał zamknięte oczy, tak by Tony przestał mu wreszcie zawracać głowę rozmowami na temat przyjaciółki, już bez tego o niej myślał. Przez te dwa dni nie wymyślił co się stało i dlaczego tak się stało, dlaczego czuł się przy niej dziwnie. Możliwe, że przez to iż ostatnie trzy tygodnie spędzali ze sobą każdą wolną chwilę, tak jakby chciał jej wynagrodzić pieprzone zachowanie Liama, jakby chciał jej pokazać, że nie każdy jest takim kretynem jak on. Wmawiał sobie, że to musiała być właśnie ta przyczyna. Innego wyjaśnienia nie miał, nie chciał nawet dopuszczać do siebie myśli, które na głos wypowiedział Tony, że mógłby się zakochać. Otworzył oczy i to był jego błąd.
-O, widzę że już nie śpisz.
-Czego – jęknął.
-Mogę się u ciebie przekimać? Jest już późno, a nie chce mi się wracać do domu.
-Jasne.
Oparł się głową i zapatrzył na ciemne plamy pobocza, oświetlane reflektorami lamp ich samochodu. W końcu powieki zaczęły mu ciążyć i nie wiedząc kiedy zasnął. Obudził się dopiero gdy Tony szarpnął go za ramię.
-Wstawaj śpiąca królewno.
-Już? – przetarł oczy i przeciągnął się.
-Jestem padnięty, marzę tylko o łóżku i spaniu.
-Jest dopiero jedenasta.
-Pięć godzin cholernej jazdy za kółkiem cwaniaczku, robi swoje.
Wysiedli z auta i chwycili torby w dłonie. Po chwili starszy z braci padł jak długi na łóżko, a Taylor rozejrzał się po pomieszczeniu i jedyne co mu przyszło do głowy to spacer. Trochę tlenu nikomu jeszcze nie zaszkodziło, prychnął pod nosem. Nie chodziło o żaden spacer, czy dotlenienie. Chodziło tylko o to by wreszcie się z nią zobaczyć. Wyszedł z mieszkania i narzucając sobie na głowę kaptur, mocniej wcisnął dłonie w kieszeń bluzy. Zrezygnował z jazdy samochodem, więc czekało go dobre czterdzieści minut szybkiego chodu. Nie przejmował się tym zbytnio, potrzebował ruchu.
         Niecałą godzinę później stał już pod jej domem, ukryty w wysokich, rozłożystych sosnach. Mimo że było ciemno, on wolał nie ryzykować, chociaż z drugiej strony, gdyby ktoś tu go nakrył od razu wylądowałby w areszcie. Potem tłumaczenia, wyjaśnienia, czym narobiłby Jessie kłopotów. Przeklął pod nosem, gdy nogą zahaczył o plastykową butelkę, wydającą przy tym głośny dźwięk. Przystanął nasłuchując. Gdzieś zaszczekał pies, ale nic poza tym. Wyciągnął z kieszeni telefon i wykonał połączenie patrząc w jej okno. Odebrała po dwóch sygnałach.
-Śpisz?
-Prawie – ziewnęła. – Wróciłeś już?
-Mogę wejść?
-Jesteś pod oknem?
-Tak, ale wolałem najpierw zadzwonić, żeby cię nie wystraszyć.
-Grzeczny chłopiec, no wchodź.
Po chwili pakował się już do pokoju. Zapaliła światło i wstała, zaplątując się przy tym w pościel, po czym runęła tuż pod jego nogami. Pokręcił głową z uśmiechem, to właśnie cała Jessie.
-Rany, kiedyś naprawdę zrobisz sobie krzywdę.
Przykucnął przy niej i pomógł jej wstać. Znowu ogarnęło go to dziwne uczucie wraz z przyspieszonym biciem serca. Gdy już wstała cmoknęła go w policzek i rzuciła pościel na łóżko. Dopiero wtedy zobaczyła, że chłopak trzyma w ręku czteropaki piwa.
-Wybacz, ale dzisiaj nie piję. Nie mam ochoty.
-Stało się coś?
-Nie, nie. Zostajesz czy wracasz?
-Zostaje, już sobie wyobrażam minę Tony’ego gdy się obudzi – zaśmiał się cicho.
-Tony jest u ciebie?
Skinął głową, siadając na łóżku.
-Ładnie to zostawiać brata samego w mieszkaniu, a samemu włóczyć się po sypialniach dziewczyn?
-Wypraszam sobie, nie włóczę się, tylko dotarłem tam gdzie chciałem. Jest? – wskazał głową na drzwi.
-Tak, wróciła skądś godzinę temu. Wydaje mi się, że z kimś się spotyka, bo wciąż rozmawia przez telefon. Może się zmieni.. może..
Widział jej smutek i to ścisnęło go za serce. Chciał widzieć tylko uśmiech na jej twarzy, a gdy tylko wspominała matkę, kończyła się jej radość. To wtedy zawsze zmieniał temat, tak by oderwała się od nieprzyjemnych rozmyślań.
-Chodź, kładziemy się. Jutro pojedziemy do mnie i coś wymyślimy.
Położyli się, rozmawiali jeszcze przez jakimś czas po czym oboje usnęli.
         Gdy Taylor obudził się rano jego dłonie przytulały ciało dziewczyny, jego głowa opierała się o jej głowę i dotarł do niego zapach jej włosów. Żołądek skręcił mu się niemiłosiernie,  ale za nic w świecie nie chciał się poruszyć. Ten widok mu się podobał, chciał się wtulić w nią jeszcze bardziej, ale wtedy poczuł jak Jessie się przeciąga i przymknął oczy. Nie czekał długo, aż jego dłoń zostanie strącona.
-Cholerny zboczeniec – wymamrotała pod nosem wywołując delikatny uśmiech na ustach chłopaka.
-Która godzina?
-Koniec spania w jednym łóżku – zaśmiała się cicho – za bardzo się do mnie przystawiasz.
-Ciesz się że obudziłaś się w ubraniu, mogłem równie dobrze cię rozebrać – przeciągnął się.
-Coraz bardziej mnie drażnisz. Idę wziąć prysznic, a ty się stąd nie ruszaj, żebyś czasem nie natknął się na matkę, bo inaczej..
-Poczekam na ciebie żeby pomóc ci się wytrzeć.
Tupnęła nogą i skierowała swoje kroki do łazienki. Opadł z powrotem na poduszki, słysząc lejącą się wodę. Chciałby znaleźć się tam razem z nią, mógłby.. nie! Nie mógł! Co się do cholery działo? Przecież nie mógł myśleć o Jessie jak o kobiecie, mimo że była piękna, sexowna.. nie! Czyżby Tony miał rację? Znowu pokręcił głową, siadając na brzegu łóżka i ukrywając twarz w dłoniach.
-Dobrze się czujesz? – poczuł dłoń na ramieniu i ocknął się.
Stała przed nim w obcisłych szortach i bluzce w kratkę, która rozpięta była tuż przy piersiach ukazując niewiele, reszta była w rękach wyobraźni. Uśmiechnął się pocieszająco, widząc ją taką zmartwioną.
-Jasne, tylko że jestem wyczerpany.. chyba się nie wyspałem – skłamał.
Doskonale znał przyczynę swojego samopoczucia, stała tuż przed nim.
-Może pojedziesz do siebie i po prostu się prześpisz.
-Nie, nie trzeba, szkoda marnować czas na spanie. Gotowa? Jedziemy na śniadanie.
Wstał.
-Jessica!
Usłyszeli głos zza drzwi. Kobiecy głos dochodzący z któregoś z pomieszczeń.
-Cholera..
-Mam zostać?
-Nie, ja ją zatrzymam w kuchni i zaraz wyjdę, a ty..
-Poczekam przy moście.
-Dzięki.
Wyskoczył przez okno chociaż miał ochotę zostać i w razie czego zareagować, ale wzrok dziewczyny przekonał go że nie miał nawet co dyskutować. Chwilę później usiadł na murku.
        
Jessie weszła do kuchni w której siedziała matka. Nie uraczyła jej spojrzeniem, wpatrywała się w jakąś kartkę, marszcząc przy tym z niezadowolenia brwi. Zastanawiała się co takiego skłoniło matkę do przywołania jej, przecież było posprzątane, zakupy zrobione, tylko ta kartka w jej dłoniach.
-Wołałaś mnie?
-Jak masz zamiar to zapłacić?
Rzuciła w jej stronę świstkiem papieru mierząc ją wzrokiem. Dziewczyna spojrzała na rachunek za części. Przecież wyraźnie prosiła, żeby go jej nie wysyłać. Serce zaczęło walić jej jak oszalałe, bojąc się tego co może za chwilę się stać.
-Mam odłożone na naprawę.
-Trzeba pozbyć się tego grata – warknęła matka.
-Ale ja nie mogę.. to przecież taty.
-Nie będę płacić za coś co wiecznie się psuje.
-Mamo, to jedyna rzecz która pozostała mi po tacie, obiecuję że nie dołożysz ani grosza. Ten samochód jeszcze pojeździ, poza tym potrzebuję go. Wiesz doskonale, że mam sporo wyjazdów związanych z utrzymaniem stypendium – skłamała.
Matka wstała, na co Jessie cofnęła się o krok. Jednak ta wyszła z kuchni i po chwili dało się słyszeć trzask zamykanych drzwi. Odetchnęła z ulgą. Wytrzymać tylko rok.
Nie chciała zostawać tu dłużej, chwyciła torbę i wypadła jak burza z domu. Kilka minut zajęło jej dotarcie do celu. Już z oddali widziała jego sylwetkę. Pochylał się zatopiony w swoich rozmyślaniach.
        
Usłyszał kroki i podniósł głowę. Biegła w jego stronę. Zerwał się na równe nogi, sądząc że mogło coś złego się stać, jednak ona po chwili uśmiechnęła się. Przystanęła przy nim oddychając ciężko.
-Co chciała?
-Cholerni idioci z warsztatu wysłali mi rachunek za części, chociaż ich prosiłam – pomachała mu papierkiem przed nosem po czym wsadziła go niedbale do torby.
-Nic ci nie zrobiła?
-Nie. I przestań za każdym razem myśleć że coś może mi się stać – uśmiechnęła się promiennie – został rok i zacznę kursy, a co do twojego pomysłu to nie jest to taki zły pomysł.
-To znaczy?
-No wynajęcia czegoś razem.
Poczuł suchość w ustach, proponował jej to kilka tygodni temu zanim poczuł to czego nie mógł zrozumieć i mimo, że chciał z nią zamieszkać, ten pomysł na dzień dzisiejszy wydawał mu się irracjonalny. Przecież jeżeli nie przestanie tak na nią reagować, to jak długo będzie w stanie ją oszukiwać, no i siebie.
-Jednak patrząc na ciebie myślę że to nie jest jednak dobry plan.
-C-co? – wyglądał na zaskoczonego.
-Wynajmę coś w Austin..
-Zaraz, zaraz – pokręcił głową, jakby przywołując się do porządku – jak to wynajmiesz, chciałaś chyba powiedzieć wynajmiemy.
-Powiedziałam, ale miałeś taki wyraz twarzy..
-Wybacz – podrapał się z zakłopotaniem po głowie – jestem dzisiaj niewyspany.
-Taylor to że się przyjaźnimy, nie oznacza że musimy razem wszędzie być.
-Marudzisz, jeszcze rok i wynajmiemy coś.
Zarzucił jej rękę na ramiona i ze śmiechem skierowali się w stronę mieszkania chłopaka.

***

         Siedział na łóżku usilnie próbując dostrzec cokolwiek przez okno, rozpętała się taka nawałnica, że świat został przysłonięty wręcz namacalną zasłoną. Nie zazdrościł tym co znajdowali się na zewnątrz, sam był tym szczęśliwcem, który mógł taką pogodę przesiedzieć w domu przed telewizorem. Wpatrywał się mając nadzieję że obraz stanie się przejrzysty, szczerze to nie lubił nie widzieć co się dzieje na dworze, no ale natura najwidoczniej miała w dupie to co lubił a czego nie lubił. Zaklął pod nosem i zsunął nogi z łóżka. Skierował się w stronę łazienki, musiał jakoś zabić czas, a prysznic wydał mu się odpowiednim wyjściem, zawsze to kwadrans bądź trochę dłużej. Odkręcił najpierw jeden kurek, potem drugi. Łazienka szybko wypełniła się parą, mgłą utrudniającą dostrzeżenie rzeczy wyraźniejszymi. Znalazł się wreszcie pod ciepłym strumieniem wody, obmywającym całe jego ciało. Jego myśli powędrowały w kierunku dziewczyny, do której zapałał uczuciem, do pierwszej osoby, której się to udało, Jessie. To ona sprawiła, że serce szybciej reagowało na wszystko co było z nią związane. Chciał wyrzucić ją ze swojego serca, umysłu, ale nie potrafił. Była w większości myśli, które pojawiały się w jego głowie. Oparł się dłonią o chłodne płytki i opuścił głowę, woda spływała po włosach i ciele, próbując jak najszybciej dostać się na sam dół. Chciał chwilę pomyśleć, zastanowić się co ma zrobić, co będzie najlepszym wyjściem. Zacisnął powieki. Jedynym wyjściem było ograniczenie spotkań z dziewczyną, co napawało go strachem, bo do cholery byli przyjaciółmi. Dosłownie kipiał ze złości, ogarniającej wszystkie komórki i wciąż pytanie kłębiące się w umyśle. Dlaczego? Dlaczego tak się stało? Do jego uszu dotarł dźwięk dzwonka, przez chwilę zastanawiał się czy to telefon czy ktoś przy drzwiach. Dopiero gdy usłyszał pukanie, uzmysłowił sobie, że ten dzwonek był dzwonkiem do drzwi. Niespiesznie opuścił przyjemne ciepło pomieszczenia i owijając się w pasie ręcznikiem skierował się do drzwi, zastanawiając się kogo przywiało w taką pogodę. Otworzył drzwi z rozmachem i zobaczył te oczy, ten uśmiech o których musiał, wręcz pragnął zapomnieć.
-Ubrałbyś się – zaśmiała się wymijając go i pakując się do środka, a wraz z nią wślizgnął się zapach kawy, tak intensywny że zaciągnął się nim, czując go od razu w płucach.
-Trzeba było mnie ostrzec.
-Nie sądziłam, że muszę mieć zaproszenie, ale następnym razem wpiszę się na listę.
-Daj spokój – warknął.
-Stało się coś? – przyjrzała mu się dokładniej.
-Nie, tylko..
Myśl.
-Tylko nie mam czasu, wybieram się do Austin na kilka dni.
-To w takim razie zostawiam ci kawę.
Uśmiechnęła się promiennie i zamknęła za sobą drzwi. Stał tam chwilę wpatrując się w nie, nie wiedząc za bardzo czym było to, czego się dopuścił. Był idiotą, największym idiotą jaki stąpał po tym świecie, o ile nie w całym wszechświecie. Jak mógł się tak wobec niej zachować, jakby była co najmniej jakąś natarczywą fanką, potraktował ją jak Amber, a przecież to nie była jej wina. Zacisnął pięść i walną nią z całej siły w ścianie.
-Cholera! – ból w momencie dotarł do mózgu i rozszedł się po całym ciele.
Chwycił drugą dłonią telefon i w pośpiechu wykonał połączenie. Zaklął, gdy w słuchawce usłyszał pocztę. Dzisiaj nic nie szło po jego myśli, miał jednak nadzieję że kolejne dni przyniosą jakieś ukojenie.

***

Te kilka dni spędzonych u rodziców trochę go wyciszyły, myślał o Jessie, to nie tak że nie, ale myślał mniej a przynajmniej tak mu się wydawało. Z drugiej strony znajdował sobie zajęcia, by jak najmniej czasu spędzać na snuciu domysłów dlaczego tak się stało. Pomagał rodzicom tak intensywnie, że matka zaczęła spoglądać na niego ze zmartwieniem. Był jej jednak wdzięczny, że nie zadręczała go pytaniami o Jessie, jakby coś przeczuwała. Podobno matki już tak mają, wiedzą dokładnie kiedy im dzieciom coś się dzieje, pewnie było tak i w tym przypadku.
Siedział przed domem, bawiąc się telefonem i zastanawiając czy zadzwonić. Niby rozmawiali codziennie, ale jakoś bał się tych rozmów. W duchu stwierdził, że był bardzo dziwnym człowiekiem. Usłyszał za sobą dźwięk otwieranych drzwi i spojrzał przez ramię. Uśmiechnął się, przyjmując od brata butelkę coli.
-Dzięki.
-Stary co byś powiedział na to żebym wprosił się do ciebie na dwa, trzy dni?
-Jasne, wyjeżdżamy jutro po śniadaniu, pasuje?
Chłopak skinął głową i zapatrzył się na dom po drugiej stronie ulicy.
-Myślisz czasami o tym co ona robi?
-Kto?
Nie bardzo wiedział do czego zmierzał Tony.
-No Annie..
-Kiedyś się zastanawiałem, teraz mam inne sprawy na głowie. Poza tym myślisz, że dlaczego tu nie przyjeżdżałem? Bo widząc ten dom wszystko wracało, szczeniacko wtedy..
-Chłopie weź się uspokój, ty znowu swoje. Kolejna jak ta twoja Amber..
-Moja Amber? To teraz pojechałeś..
-Obie mają nierówno pod sufitem, no chyba że Annie się zmieniła, ale gdy zobaczyłem i usłyszałem Amber od razu pomyślałem o Annie. Przestań się tym zadręczać, nie odczepiłaby się gdybyś obchodził się z nią jak z jajkiem..
-Widzę że ty jesteś strasznie delikatny..
-Postąpiłbym tak samo..
-Możemy zmienić temat?
-Pewnie, na Jessie.
Taylor jęknął, no bo czegóż mógł się spodziewać po Tony’m? Już i tak długo powstrzymywał się przed rozmową o niej, w końcu jednak musiała nadejść ta chwila.
-Chcesz to zadzwoń do niej, proste.
-Coś ty tak na nią cięty ostatnio? Pokłóciliście się czy co?
-Nie, tylko ciągle chcesz o niej gadać, a może ja nie chcę?
-Nie to nie, jutro się z nią zobaczę.
-Droga wolna..
Wstał i nie odwracając się, wszedł do domu. Wiedział, wręcz czuł na plecach spojrzenie brata, wypalające wielkie znaki zapytania, ale miał to w nosie. Swoje kroki skierował wprost do sypialni i rzucił się na łóżko. Głowę miał pełną. Pełną wszystkiego co go otaczało, pełną niepewności czających się na każdym kroku a przede wszystkim pełną obaw przed jutrzejszym powrotem.


***

Poczuł delikatny wstrząs i spojrzał zdezorientowany na Tony’ego, który jeszcze godzinę temu wnosząc do domu torbę gadał jak najęty o laskach a teraz rozglądał się niespokojnie. Nie minęła chwila jak wszystko w domu zaczęło się trząść, jak potrząsana grzechotka w rękach rozbawionego dziecka. Słyszał spadające szklanki i talerze, ale właśnie w tej chwili uświadomił sobie że Jessie znajduje się na cmentarzu. Musieli wydostać się na zewnątrz. Chwiejnym krokiem wyszedł za bratem przed budynek, ludzie biegali w panice próbując znaleźć schronienie. I nagle wszystko ucichło, wyły tylko alarmy samochodowe. Wyciągnął telefon, ale nie było sygnału.
-Muszę odnaleźć Jessie.
-Idę z tobą..
Chciał ruszyć jednak Taylor go powstrzymał, kładąc mu dłoń na ramieniu. Widać było, że i on się martwił, przecież mogły być kolejne wstrząsy.
-Poczekaj tutaj, może się tu zjawić.
Zrobił kilka kroków i odwrócił się w stronę chłopaka.
-Tony, uważaj na siebie.
-Ty też.
Posłali sobie pokrzepiające uśmiechy i Taylor puścił się biegiem w stronę cmentarza, nie mając pojęcia czy nadal tam jest, bał się. Był przerażony. Widząc po drodze zranionych ludzi, nie mógł przestać myśleć o najczarniejszym scenariuszu.
-Kretynie nie pomagasz sobie – syknął przeskakując przez płotek.
Skracał sobie drogę jak mógł, chciał jak najszybciej dotrzeć do celu, gdyby tylko wiedział, że tam jest albo przynajmniej że nic się jej nie stało. Uważając by się nie przewrócić wyciągnął z kieszeni telefon i spojrzał na wyświetlacz. Wciąż nie było sygnału, widocznie trzęsienie uszkodziło jakiś nadajnik.
Był ulicę od cmentarza gdy poczuł kolejne wstrząsy, tym razem nie złapał równowagi i przewrócił się, obijając ciało. Starał się stanąć na nogi, nie było łatwo, ale nie mógł się poddać, nie, gdy był tak blisko.

         Jessie skulona siedziała przy płycie, nie bardzo wiedząc gdzie mogłaby się schować, więc klęczała rozglądając się z przerażeniem wokoło. Gdzieś w oddali jakaś postać przybrała tą samą pozycję co ona i mimo powagi sytuacji, uśmiechnęła się. Jednak uśmiech zgasł tak szybko jak się pojawił, bo trzęsienie przybrało na sile. Bała się w tym momencie o matkę i o Taylora, miała nadzieję że są bezpieczni.
-Jessie!
Usłyszała swoje imię gdzieś z daleka i odwróciła się. Widziała przyjaciela, dzielnie trzymającego się na nogach i biegnącego w jej kierunku, chociaż on był bezpieczny. Dopadł jej jak spragniony wędrowiec dopada wody, łapczywie przyciągając do siebie. Trzymając w dłoniach jej twarz, oglądał ją sprawdzając czy nic sobie nie zrobiła.
-Stało ci się coś?
-Nie, wszystko w porządku, o ile można nazwać tą sytuację dobrą – rozejrzała się.
-Chodź tu do mnie..
Przyciągnął ją bardziej do siebie, nerwowo rozglądając wokoło. Tu na otwartej przestrzeni nie byli narażeni na to że coś spadnie im na głowy tylko na szczeliny w ziemi. Równie dobrze mogli wpaść do jakiejś i tam zginąć. Za te myśli dosłownie bił sobie brawo. Musiał się skupić na dziewczynie, a nie na bezsensownych wizjach ich śmierci.
-Boję się..
Jej szept dotarł do niego w tej samej chwili gdy uniosła głowę, wpatrywała się w niego para zielonych, wystraszonych oczu. Jego spojrzenie utkwiło na jej idealnych ustach. Czy teraz mógł pozwolić sobie na pocałunek? Czy powinien to zrobić? Stchórzył. A może wygrał walkę z pragnieniem? Nie potrafił w tym momencie na te pytania odpowiedzieć, więc uśmiechnął się szeroko.
-Hawks, boisz się trzęsienia ziemi? To ja już jestem bardziej niebezpieczny, niż jakieś tam trzęsienie ziemi..
Parsknęła śmiechem na co mu ulżyło, właśnie to chciał osiągnąć. Jednak inny jego cel legł w gruzach, chęć odizolowania się od niej, ograniczenia kontaktów. Był już pewny. Był zakochany po uszy, niezbyt szczęśliwie, ale to nie miało większego znaczenia. Kochał ją i nie zamierzał zrezygnować z przyjaźni.
-Taylor..
Jej głos wyrwał go z zamyślenia i dopiero wtedy dotarło do niego, że wstrząsy ustały, tylko wycie syren nadal przypominało o przebytym strachu. Powoli podniosła się z ziemi, a on zaraz po niej. Przytulił ją mocno do siebie.
-Uhh.. dusisz..
-Martwiłem się o ciebie – wyszeptał poluźniając uścisk – nie wiedziałem czy nadal tu jesteś..
-Dobra koniec czułości, miałam już wracać gdy to się zaczęło..
Zerwała się tak nagle do biegu, że zdębiał, dogonił ją po kilku metrach i złapał za rękę, tym samym zatrzymując ją gwałtownie.
-Nie wiem co z matką..
-Uspokój się, na pewno nic jej nie jest..
-Taylor ja muszę wiedzieć, tylko wiedzieć. To moja matka – spojrzała na niego błagalnie.
-Rozumiem, ale uspokój się, zdenerwowana jeszcze więcej szkód sobie narobisz. Pójdziemy razem.
-Chyba zwariowałeś, gdyby matka cię zobaczyła, miałabym piekło w domu.
-To chociaż daj się podprowadzić, a później wrócę do domu i posprzątam – wziął głęboki wdech rozglądając się – to trzęsienie było słabsze niż to ostatnie.
-Prawda? Pamiętam, jak każdy hydrant był istną fontanną.
Mimo, że się denerwowała, musiała zachować zimną krew. Spanikowała na początku, jednak szybko Taylor postawił ją do pionu i była mu za to wdzięczna. Pół godziny później, idąc szybkim krokiem rozchodzili się każdy w swoim kierunku.


***

         Weszła do domu i już od progu dało się wyczuć intensywność alkoholu, co podniosło jej żołądek do gardła. Słyszała przekleństwa matki i zastanawiała się czy wejść dalej. Jej odważniejsza strona zwyciężyła, stanęła w drzwiach do kuchni. Matka klęczała na podłodze przy roztrzaskanym szkle z którego wyciekła bursztynowa ciecz. Teraz przynajmniej wiedziała skąd ten ostry zapach.
-Mamo wstań ja to pozbieram..
Podeszła do kobiety i chwyciła ją za ramię, nie spodziewając się że ta ją odepchnie. Upadła dłonią na podłogę i syknęła z bólu, złapała za nadgarstek i uniosła rękę na wysokość oczu. Po wewnętrznej stronie tkwił odłamek szkła. Z jego gładkiej ostrej powierzchni ściekała krew. Kropla, po kropli tworząc niewielką kałużę tuż przy nodze, mieszającą się z alkoholem. Spojrzała na matkę. Kobieta nie patrzyła na nią, nadal klnąc na zbitą butelkę, ale słowa docierały do niej z opóźnieniem. Podniosła się powoli, przez upadek ciuchy nasiąknęły specyficznym zapachem whisky. Nadal trzymając się za nadgarstek skierowała swoje kroki do swojego pokoju, zostawiając za sobą krople świeżej krwi. Złapała za ręcznik leżący na jej łóżku i obwinęła dłoń, czując zbierające się pod powiekami łzy. Bolało. I to bardzo. Musiała dostać się na pogotowie. Drżąc na całym ciele pakowała do torby ciuchy na zmianę, bo cuchnęła okropnie a nie miała siły by się przebrać. Wyszła z domu nawet nie odwracając się żeby zobaczyć czy matka nadal klęczała nad swoją stratą.
         Gdy dotarła na pogotowie ręcznik całkowicie przesiąkł karmazynową cieczą, w ustach czuła metaliczny posmak a w głowie zaczynało jej się kręcić. W poczekalni było jak w ulu, ludzie z urazami na całym ciele przemieszczali się wokół niej, jakby była niewidzialna. W końcu jednak zaczepiła ją jakaś pielęgniarka i chwilę później lekarz wyciągał szkło z dłoni. Z trudem powstrzymywała wymioty.
-Jeszcze chwilkę. Będziesz musiała po kogoś zadzwonić, dostałaś silne środki znieczulające i przeciwbólowe, więc najbezpieczniej byłoby gdyby ktoś cię odebrał.
Wyciągnęła z kieszeni brudnych szortów telefon i spojrzała na lekarza.
-Mogę?
-Tak proszę.
Tuż po pierwszym sygnale usłyszała głos.
-Taylor mógłbyś przyjść po mnie na pogotowie?
-Jessie co się stało?
-Długa historia, możesz?
-Już jadę.
Rozłączyła się w momencie gdy mężczyzna zakładał ostatni szew, zaraz potem zabandażował jej rękę i wypisał jakąś receptę uśmiechając się przyjaźnie.
-Uważaj na siebie następnym razem.
-Nie sądziłam, że whisky może być taka śliska – zaśmiała się – przepraszam za ten zapach.
-Uwierz mi że alkohol nie jest najgorszą rzeczą na którą ludzie dzisiaj wpadali, i tak jestem szczęśliwy że mamy tak małą ilość poszkodowanych. Ostatnio było dużo więcej. Proszę.
Otworzył przed nią drzwi i pożegnali się. Wreszcie znalazła się na świeżym powietrzu i od razu natrafiła na zmartwionego chłopaka. W mgnieniu oka znalazł się tuż przy niej, podtrzymując ją i przejmując torbę.
-Boże Jessie co się stało?
-Poślizgnęłam się na tej cholernej whisky..
-Poślizgnęłaś się?
-Tak, już wiem co sobie myślisz.
-No cóż, kiedyś też się poślizgnęłaś, tylko że na płynie.
-Tym razem na serio – podeszli do auta i skrzywiła się – nie wsiądę do auta.
-Dlaczego?
-Jestem cała brudna i mokra od alkoholu, wiesz jak będzie cuchnąć twoje auto?
-Chyba zwariowałaś że będę się tym przejmować. Wsiadaj.
Niezbyt przekonana pozwoliła usadowić się na siedzeniu, zaraz też wnętrze wypełniło się gryzącym odorem. Od razu otworzyła okno.
-Mówiłam..
-Znowu marudzisz Hawks.
         Kwadrans później wchodzili do mieszkania Taylora, gdzie przywitał ją uśmiechnięty a zarazem zmartwiony Tony. Spojrzała z wyrzutem na swojego przyjaciela.
-Dlaczego nic nie powiedziałeś, że Tony jest u ciebie? Nie fatygowałabym cię..
-Właśnie dlatego nic nie mówiłem, poza tym jakoś też nie było okazji.
-A co przeszkadza ci moje towarzystwo?
-Jak mógłby mi przeszkadzać taki przystojniak..
Taylor przez cały ten czas nie spuszczał z niej wzroku i pewnie dzięki temu widział jej zaciśniętą na oparciu sofy pięść z pobielałymi od wysiłku kłykciami. Delikatnie złapał ją za ramiona i powoli popchnął w stronę jednego z pokoi.
-Poromansujecie jak odpoczniesz.
Nie odpowiedziała. Dopiero gdy znalazła się w sypialni uśmiechnęła się nieśmiało.
-Dziękuję, że po mnie przyjechałeś.. wiem, że ostatnio.. – zaczęła ale natychmiast jej przerwał.
-Jessie przepraszam że tak się zachowywałem..
-Taylor nie miałeś czasu, przecież nie jestem zła. Nie jesteś moją własnością..
-.. ale powinienem się lepiej zachowywać..
-Daj spokój, nie jestem typem osoby, która bezsensownie się obraża.
-Wiem, chcę żebyś wiedziała że..
-Dobra, dobra, lepiej pomóż mi z ciuchami.
-Mam cię rozebrać? Już chciałem opieprzyć cię za przerwanie mi tak fantastycznej wypowiedzi, ale ta propozycja jest nie do odrzucenia.
Zaśmiał się starając ukryć pod maską obojętności uczucia, które uderzyły w niego jak tornado. On miał pomóc jej się rozebrać? On, który zwariował na jej punkcie? On, który..
-Nie rozebrać zboczeńcu..
Otrząsnął się ze wspaniałych wizji, fantazji słysząc jej rozbawienie.
-.. rozsuń tylko suwak..
Odwróciła się do niego plecami i zdrową ręką odsunęła włosy, ukazując schowany pod nimi metalowy zamek. Podszedł bliżej i przez chwilę zastanawiał się co zrobić. Najzupełniej w świecie powinien go rozpiąć, to najprostsza rzecz a jednak stał za Jessie patrząc na jej plecy jakby potrzebował instrukcji obsługi. W końcu złapał za suwak i powoli zjechał na sam dół, z każdym centymetrem widząc idealnie gładką skórę.
-Dzięki..
-J-jasne, przyniosę jeszcze coś do uszczelnienia bandaża – odwrócił wzrok – wiesz.. żebyś go nie zamoczyła.. i.. zaraz wrócę..
Wyszedł z pokoju, oparł się o chłodną ścianę uspokajając serce. Cholera był facetem! Facetem, który nie powinien tak reagować na kobietę, żadną. Powinien normalnie funkcjonować, a nie wariować przy jednej dziewczynie. Tak. Wariował. A to przecież nie zdarza się facetom takim jak on. Oparł dłonie na udach i pochylił się do przodu, dysząc jak po jakimś maratonie.
-Stary dobrze się czujesz?
Uniósł głowę słysząc nad sobą głos.
-Chyba przeżycia dzisiejszego dnia dały mi porządnie popalić. Dawno nie miałem takiej dawki adrenaliny jak dzisiaj, mam nadzieję że wyczerpałem zapas na kolejne kilka miesięcy..
-Bracie jesteśmy stworzeni do takich sytuacji – zaśmiał się cicho klepiąc go po ramieniu i zniknął w kuchni.
-Mnie już wystarczy – wyszeptał, spoglądając na drzwi obok. Zupełnie zapomniał, że miał pomóc przyjaciółce.

***

-„Wstrząsy o sile 6,8 w skali Richtera nawiedziły wczoraj stan Texas.. epicentrum znajdowało się w niewielkim miasteczku na południe od Dallas, Hallisboro. Niestety nie obyło się bez ofiar śmiertelnych, jak do tej pory mowa jest o dwudziestu trzech..”
Jessie spoglądała na zniszczenia w samym Hallisboro, to było przerażające. Helikoptery telewizji latały nad gruzami domów, budynków, mostów. Dziennikarze rozmawiali z samymi poszkodowanymi, a w tle słychać było lamenty ludzi. Dym, kurz i płacz.
-Proszę, wyłącz to..
Spojrzała w bok i chwyciła za pilota. Wyłączyła. W pokoju zaległa cisza. Tony wstał otrzepując niewidoczny pył.
-Muszę jechać, rodzice będą zaraz wydzwaniać, że powinienem być już w Austin. Od wczoraj siedzą przy telewizorach i oglądają – westchnął.
W końcu pożegnali się i Taylor znów opadł na poduszki obok Jessie. Wpatrywała się w czarny ekran telewizora, wreszcie obdarzyła go spojrzeniem zielonych oczu.
-Ja też muszę już wracać do domu.
-Zostań jeszcze dzisiaj..
-Jestem u ciebie od wczoraj, czuję się dobrze więc nie ma potrzeby żebym zostawała.
-To zostań dla mnie..
Spojrzała na niego z zaskoczeniem wypisanym na twarzy, po czym zmrużyła oczy tak jak lubił.
-Czy ty się czasem we mnie nie podkochujesz?
-Co?? Zwariowałaś do reszty – wychrypiał, szukając w myślach dobrego wytłumaczenia – potrzebujesz pomocy przy ręce, poza tym wiesz, że lubię gdy ktoś u mnie jest, skąd w ogóle przyszło ci do głowy jakieś zakochanie?
-Mogę zostać, ale ja wybieram filmy do oglądania.
Całkowicie zignorowała pytanie jakie zadał jej przyjaciel. Przykryła się kocem, nie przestając go obserwować. W końcu nie wytrzymał.
-Mam coś na twarzy?
-Zastanawiam się dlaczego facet taki jak ty nie ma dziewczyny?
-Wow Hawks zadziwiasz mnie coraz bardziej. No i co wymyśliłaś?
-Problem w tym że nic.
-To sporo. Nie masz większych problemów? – westchnął – Już ci mówiłem, że związki nie są dla mnie.. ja się do tego nie nadaję.. czasami chcesz czegoś czego mieć nie możesz..
-Masz kogoś na oku? – uśmiechnęła się szeroko, jakby pobudzona tą informacją.
-To cała ty, zawsze wyłapiesz coś z kontekstu i tego się uczepisz..
Zaśmiała się głośno, chwytając za pilota. Zaraz na ekranie pojawił się jakiś film, którym on wcale nie był zainteresowany, za to całą uwagę skupił na przyjaciółce kładącej swoją głowę na jego kolanach. Zwykły, przyjacielski gest który sprawił że wszystkie problemy ulotniły się w jednej sekundzie, zastąpione euforią.